Kulinaria

Azjatyckie jedzenie mieliśmy okazję posmakować kilka lat temu w Japonii. Przypadło nam tak bardzo do gustu, iż niektóre dania wprowadziliśmy do naszego domowego menu. Natomiast podróż przez Wietnam, Laos i Birmę pozwoliła nam doświadczyć zupełnie nowych azjatyckich smaków. Każde z miejsc, które odwiedziliśmy tym razem, było bardzo odmienne i jedyne w swoim rodzaju.

Nauczeni doświadczeniem z Japonii odważnie ruszyliśmy do poznawania nowych potraw w Wietnamie, a okazję ku temu mieliśmy właściwie w każdym możliwym miejscu. W codziennym ruchu na chodnikach co chwilę można było przysiąść na maleńkich dziecięcych krzesełkach przy miniaturowych stoliczkach, które uchodziły za minirestauracyjki. Natomiast gdy czas nie pozwalał się zatrzymać, można było kupić jedzenie we wszechobecnych kramikach i stoiskach, w których przyrządzane było dosłownie w danej chwili. Niekiedy trudno było rozpoznać co jest podawane w prowizorycznych ulicznych „kuchniach”, gdzie przekonywaliśmy się o tym często dopiero przy pierwszym kęsie. Zdarzało się nam czasem rezygnować z niektórych propozycji, choć wyglądały smakowicie i pachniały zachęcająco, ze względu na kompletny brak higieny w danym punkcie. Staraliśmy się wybierać miejsca, w których choć pozornie było trochę lepiej. Niestety niektórzy Wietnamczycy nie przywiązują większej wagi do czystości i wszędzie rzucają śmieci oraz resztki po jedzeniu. Z koszy, o ile były gdzieś w okolicy, śmieci wysypywały się z przepełnienia. Gdzie tu ekologia, o którą tak bardzo walczymy w Europie?

Mimo całego tego narzekania na higienę musimy przyznać, że jedzenie było bardzo smaczne. Nieco przypominało znane nam już klimaty japońskie, choć bardziej ostre i wyraziste, bardzo przypadło nam do gustu. Szczególnie podobała nam się bardzo duża dostępność świeżych owoców morza, o której możemy jedynie pomarzyć w polskich restauracjach.

Laos jest krajem znacznie biedniejszym niż Wietnam, co przejawiało się również w tamtejszej kuchni. Była ona znacznie mniej różnorodna i wyszukana. Bywając w różnych regionach kraju spotykaliśmy jedzenie o podobnym charakterze, opierające się przede wszystkim na zieleninie. Wszędzie mieliśmy do czynienia z kapustą, bambusem i ratanem, przygotowywanymi na sto sposobów, będącymi bazą dla większości potraw. Często spotykaliśmy różnego rodzaju kiszonki z nieznanych nam roślin, które były podawane z dodatkiem jajka lub mięsa. Mięso absolutnie nie przypadło nam do gustu. Była to przede wszystkim wołowina, twarda, żylasta a do tego nie wiadomo z jakiej części ciała pochodziła.

W Laosie po raz pierwszy spotkaliśmy się z robakami i insektami przyrządzonymi do jedzenia, które odważyliśmy się spróbować. Musimy przyznać, że dały się zjeść, niektóre miały dość osobliwy smak, który na pewno zapamiętamy do końca życia. Ciekawe doświadczenie ale nie zdecydujemy się jednak na wprowadzenie ich na stałe do naszego codziennego menu.

Bez względu czy była to restauracja w mieście, biedna wioska czy posiłek w dżungli, ogólnie potrawy były mało wyraziste lub przeraźliwie ostre, niemal nie dające się zjeść, w zasadzie dwie skrajności, które było trudno połączyć. W zasadzie całe doznania kulinarne możemy opisać jako podróż w nieznane pełną zabawnych sytuacji z których niekiedy trudno było wybrnąć. Na szczęście odwaga, otwartość i niekiedy zimna krew pozwoliła na zdobycie wiedzy na temat zwyczajów kulinarnych Laotańczyków.

Laos będziemy wspominać jako kraj ubogi, ale czysty. Mimo, że nie posiadają dużej różnorodności składników to potrafią z nich przygotować potrawy, które zaskakują i dają się zapamiętać.

W Birmie nie odważyliśmy się jeść na bazarach czy kramikach, gdyż w żadnym miejscu nie wzbudzały one zaufania. Większość produktów była przeznaczona do dalszej obróbki, dedykowana dla mieszkańców, a gotowe jedzenie – zapewniamy Was – wzbudzało wyraźną niechęć a nawet i obrzydzenie.

Choć jedliśmy jedynie w jadłodajniach to zawsze wybieraliśmy lokalne potrawy. Była to odmiana po nieco ubogiej kuchni laotańskiej, z dużą ilością warzyw, różnorodnością mięs i owocami morza. Musimy przyznać, że każda potrawa, którą chwytaliśmy, była bardzo smaczna i dobrze doprawiona.

Ze wszystkich trzech odwiedzonych przez nas krajów kuchnia birmańska przypadła nam najbardziej do gustu. Cieszymy się, że w przebiegu całej naszej wycieczki po Azji odważnie sięgaliśmy po nowe, nieznane nam potrawy. Zapewne niektóre z nich spróbujemy przenieść do naszego domowego menu.


Rajska plaża

Po całym miesiącu zwiedzania i zdobywania świata nadszedł nareszcie czas na odpoczynek. Wybraliśmy sobie w tym celu zaciszny zakątek Birmy – Ngapali, znane z cudownej plaży, żółtych piasków i lazurowego wybrzeża. Kilka dni, które tam spędziliśmy, naładowały nasze baterie silnymi promieniami słonecznymi. Temperatura codziennie przekraczała 30 st. grzejąc nasze stare kości. Krótko mówiąc – raj na ziemi.

Każdego wieczoru spacerowaliśmy wzdłuż wybrzeża zapuszczając się w teren coraz dalej, natrafiając pewnego razu na rybacką wioskę. Ich metody pracy pamiętają jeszcze pewnie czasy średniowiecza, nie byliśmy jednak zdziwieni, widząc wcześniej jak wygląda postęp w mniejszych birmańskich miejscowościach. Rybacy mieli co prawda motory czy silniki w łodziach, a wśród koszy wiklinowych przebijały się plastikowe, to cała reszta daleka była od współczesności. Chociaż ludzie zmuszeni są z tego powodu ciężko pracować to z uśmiechem na twarzach nas witali. Musimy przyznać, że im bardziej ubogie zakątki Birmy odwiedzaliśmy, tym ludzie okazywali się bardziej otwarci i serdeczni, czego niestety zabrakło w większych miastach. Miejsce to zaciekawiło nas tak bardzo, że jeszcze kilka razy zaglądnęliśmy do tej niecodziennej wioski.

Wspaniale było odpocząć na żółtych ciepłych piaskach Ngapali, niestety nadszedł czas na powrót do chłodnego klimatu w Polsce. Nasza przygoda dobiega końca. Na pewno będziemy długo wspominać podróż bez planu do Birmy, która była pełna emocji i niespodziewanych sytuacji. Zdecydowanie mówimy że była to dobra decyzja.


Symbol Birmy

Będąc w mieście Rangun nie sposób było nie odwiedzić największego symbolu Birmy – świątyni Shwedagon. Miejsce to w pewnym sensie można porównać do Watykanu w Europie, czyli symbolu wiary. Jest też dla Birmańczyków tym, czym Mekka dla muzułmanów – miejscem, które przynajmniej raz w życiu każdy mieszkaniec Mjanmaru powinien odwiedzić.

Główna wieża świątyni ma aż 99 metrów wysokości i pokryta jest sześćdziesięcioma tonami złota, które sprawia, że bije od niej jaskrawa łuna wręcz rażąca oczy. Otoczona jest 4 średnimi stupami, które wyznaczają cztery kierunki świata. Pomiędzy nimi wzniesiono 60 małych stup. Najważniejszą ozdobą wieży jest ogromny diament umieszczony na jej szczycie, który ma aż 76 karatów. Szkoda, że z dołu praktycznie go nie widać.

Całe to miejsce robi ogromne wrażenie, wszędzie spotykaliśmy modlących się i medytujących mnichów a także wielu innych ludzi. Natomiast zapach kadzideł i kwiatów oraz dźwięki wydobywające się z dzwonków i gongów tworzyły niesamowitą, wzniosłą atmosferę. Z zaciekawieniem przyglądaliśmy się rytuałom i obrządkom modlitewnym. W zasadzie każdy wierny przynosił ze sobą kwiaty oraz dary, którymi dzielił się z Buddą. Jakże to odmienne od naszych chrześcijańskich praktyk.

Świątynia wraz ze swoim bogactwem i przepychem bardzo kontrastuje z codziennym życiem mieszkańców, na które natrafiamy dosłownie kilka kroków za murami. Po wizycie w złotej świątyni lepiej zrozumieliśmy birmańskie obyczaje i zachowania.


Królestwo Paganu

Bagan to miasto w środkowej Birmie, zasługujące na większą uwagę z powodu ogromnej liczby świątyń zbudowanych w okresie od X do XIV wieku. W obrębie stolicy i w jej bezpośrednim sąsiedztwie wzniesiono ponad 10 000 świątyń buddyjskich, z których do dziś przetrwało około 4000. Główną przyczyną znacznych zniszczeń były nawiedzające ten region trzęsienia ziemi, z których ostatnie miało miejsce w 2016 r.

Na początku próbowaliśmy zwiedzić ten obszar samodzielnie, jednak jego rozległość zmusiła nas do poszukania transportu, który pozwoliłby nam objechać cały teren. Zupełnym przypadkiem natrafiliśmy na motorikszę, czyli tutejszy tani transport. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu kierowca mówił biegle po angielsku. Dzięki temu udało nam się umówić z nim na wielogodzinną przejażdżkę po okolicy. Nasz kierowca okazał się być również bogatym źródłem wiedzy na temat świątyń i innych ciekawostek związanych z Birmą. Od niego dowiedzieliśmy się między innymi, co oznacza żółta maź na twarzach wielu ludzi. Jest nią thanaka, uzyskiwana z drzewa o tej samej nazwie, służąca nie tylko jako makijaż, ale także do osłony przed słońcem i komarami. Udało nam się również odkryć tajemnicę czerwonej wydzieliny w ich ustach. Jest to betel, czyli najpopularniejsza w Azji używka do żucia, składająca się z mieszanki zawiniętej w liście pieprzu betelowego, który po jakimś czasie puszcza czerwony sok. W połączeniu z ogromnymi ilościami śliny, wytwarzanej podczas zażywania Birmańczycy ciągle odchrząkują i spluwają obrzydliwie gdzie popadnie.
Po całym dniu pełnym emocji i wrażeń nasz przewodnik namówił nas na ciekawe widowisko, które odbywa się każdego dnia o wschodzie słońca. Wczesnym rankiem, jeszcze po ciemku, ruszyliśmy ze znanym nam motoriksiarzem na wieżę widokową, z której podziwialiśmy przelot balonów nad terenem świątyń. Trzeba przyznać, że był to niecodzienny widok. Następnie udaliśmy się na targ, który był po drodze do buddyjskiej pagody Shwezigon, która była zupełnie odmienna od widzianych wcześniej świątyń.
Musimy przyznać, że po czasie, który do tej pory spędziliśmy w Birmie, nasze zdanie na jej temat jest coraz bardziej pozytywne. Z chęcią ruszymy w dalszą podróż aby poznać jej kolejne zakątki.


Pierwsze wrażenia

Po opuszczeniu Laosu i przelocie do północnego Wietnamu, do Hanoi, jak już wcześniej wspomnieliśmy, podjęliśmy w dość nieoczekiwany sposób decyzję o zmianie planu naszej podróży ze względu na koronawirusa. Nie była to prosta sprawa. W chaosie i niepewności, czy otrzymamy wizę, szukaliśmy możliwości przelotu do Birmy. Okazało się, że z Hanoi mogliśmy przelecieć jedynie do Yangon, znajdującego się w południowej Birmie. Jako, że droga powrotna do Polski, którą mamy już wykupioną, wiedzie ze stolicy Wietnamu przez Singapur, a przelot z Birmy jest możliwy jedynie przez to samo, wyżej wspomniane lotnisko, to postanowiliśmy nie siedzieć przez tak wiele dni w jednym mieście.

Jako wytrawni poszukiwacze przygód zaraz po wylądowaniu, późnym wieczorem, udaliśmy się na stację autobusów, aby złapać jakiś transport w kierunku północnym. Stacja autobusowa, na której się znaleźliśmy, była – przepraszamy za wyrażenie – jednym wielkim pierdolnikiem. Krzyk, jazgot, setki ludzi biegających – dla nas – bez ładu i składu, z twarzami umazanymi żółtą mazią. Większość mężczyzn była ubrana w spódnice do kostek, plująca co chwilę na ziemię czymś czerwonym wyglądającym jak krew. Cała sytuacja wzbudzała w nas niepewność, żeby nie powiedzieć strach. Chaos ten potęgowały autobusy, taksówki i motory wciskające się na siłę w tłum ludzi i straganiarzy. Znalezienie autobusu dla nas graniczyło z cudem. Jedyny wolny nocny autobus jechał do Bagan, miasta znajdującego się w środkowej Birmie, odległego o 8 godzin jazdy. Dobrze się złożyło, ponieważ miejsce to znane jest z ponad 3500 świątyń położonych w mieście i jego okolicy.

Jazda była, jakby to powiedzieć, „znośna”. Co prawda bujało i rzucało na wszystkie strony, to dało się nieco zdrzemnąć. Niestety mieliśmy tylko 2 postoje w czasie tak długiego przejazdu, z czego jeden był niemal w biegu. Nie dość, że wysadzono nas w środku jakiegoś pustkowia, gdzie miejsce uchodzące za toaletę lepiej pominąć milczeniem, to ciemne twarze tubylców, śledzące nas wzrokiem nie wzbudzały zaufania. Na szczęście cało i zdrowo, choć niekoniecznie bez przygód, dojechaliśmy na miejsce. Jakąś godzinę przed końcem podróży, już w świetle dnia, złapaliśmy kapcia. Mimo, że autobus był w dobrym stanie, to niestety przytrafiła się nam taka przygoda. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że kierowca po obejrzeniu usterki uznał, że nie stanowi ona zagrożenia i ruszył dalej w trasę. Jeżeli do tej pory ktoś nie miał choroby lokomocyjnej to z pewnością się jej nabawił. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek, aby w niedługim czasie ruszyć do zwiedzania tak ciekawego miejsca, jakim jest Bagan.


Powrót do cywilizacji cz. 3

Po wizycie w pierwszej wiosce przewodnicy wyjaśnili nam, że tym razem podążamy w kierunku jeszcze uboższych plemion. Jak się okazało turyści nie mogą się tam zatrzymywać na noc, mogą jedynie przejść przez ich teren nie zabawiając tam zbyt długo. Taka polityka powoduje, że żyją w skrajnym ubóstwie. Zadziwiające jest to, że tkwią w takim stanie z własnego wyboru. Nie dążą do polepszenia sytuacji w wiosce, jak również nie dbają o poprawienie bytu własnych rodzin. Żal było patrzeć na tych ludzi ale cóż, to ich wybór.

Natomiast trzecie plemię, które odwiedziliśmy, mile nas zaskoczyło. Jak tylko zobaczyli nas na horyzoncie to kobiety od razu pobiegły do domów, aby przynieść swoje rękodzieła, które przygotowały na sprzedaż. Doceniliśmy ich zaangażowanie kupując kilka drobiazgów, choć nie były nam do niczego potrzebne. Uznaliśmy, że to wspaniały sposób na wsparcie finansowe plemienia. A jednak można coś zrobić aby poprawić swój byt.

Po opuszczeniu plemienia ruszyliśmy w ostatni, najtrudniejszy etap naszej wędrówki. Prowadził on przez szczyt jednej z najwyższych gór w okolicy, ewidentnie nie uczęszczanym szlakiem, przez co nasi przewodnicy musieli często używać maczet by utorować drogę. Zarośla miejscami były tak gęste, a podejścia tak strome, że niemal nie do przejścia. Cóż, w końcu wybraliśmy wersję extreme, więc nie pozostawało nam nic innego jak brnąć do przodu.

Po przedarciu się przez szczyt na drugą stronę góry dżungla zmieniła się wyraźnie. Ziemia była ciemniejsza, wilgotna i śliska, a sam las dosłownie tętnił życiem. Przyczyną tak dużej zmiany jest położenie tego kawałka dżungli na północnym, osłoniętym od słońca zboczu góry. Po długim marszu w dół dotarliśmy wreszcie do celu naszej wędrówki, gdzie czekał na nas transport, który zawiózł nas do pobliskiego miasta.

Jesteśmy z siebie dumni, że daliśmy radę pokonać tak trudny, trzydniowy trekking. Warto było!

To już nasza ostatnia przygoda w tym kraju. Jutro, po krótkim odpoczynku, opuszczamy Laos i lecimy do Wietnamu północnego. Żegnaj Laosie!


Wioska Kmhu cz. 2

Droga do wiosek jest bardzo trudna, wiedzie przez góry porośnięte gęstą dżunglą. Bez towarzyszących nam przewodników z pewnością nigdy byśmy tam nie trafili.

Zbliżając się do wioski usłyszeliśmy z oddali odgłosy wystrzałów. Nasi opiekunowie uspokoili nas tłumacząc, że to okoliczni mieszkańcy polują na ptaki z własnoręcznie zrobionej broni palnej o niewielkim zasięgu. Opowiedzieli nam również, że tubylcy oprócz tej broni wciąż używają do polowań kusz oraz stosują prymitywne pułapki na drobne zwierzęta.

Kiedy w końcu dotarliśmy do wioski była ona opustoszała. Tak się właśnie złożyło, że doszliśmy do niej od strony, gdzie znajdował się jedyny solidny budynek wśród drewnianych, ubogich chat, szkoła. Od razu nam wyjaśniono, że jej istnienie to zasługa nowozelandzkiej instytucji charytatywnej, która zasponsorowała jej budowę. Akurat odbywały się w niej zajęcia dla garstki dzieci. Opłakany stan szkoły i warunki, jakie w niej panowały uświadomiły nam, czego możemy spodziewać się w wiosce.

Nasze przypuszczenia potwierdziły się w pełni. Już od pierwszych kroków otoczyła nas bieda i zacofanie. Zobaczyliśmy drewniane chaty w większości pokryte jeszcze strzechą, przed którymi znajdowały się paleniska do przyrządzania codziennych posiłków, natomiast we wnętrzu chat znajdowały się wyłącznie sienniki, bez żadnych mebli czy innego wyposażenia. W całej wiosce nie było prądu, jedynie w nielicznych chatach zauważyliśmy maleńkie plastry solarowe, które dawały zasilenie co najwyżej na żarówkę.

Sami mieszkańcy żywią się wyłącznie tym, co znajdą w dżungli, a mięso jedzą tylko wtedy, gdy uda się polowanie. Kury i kaczki chodzące po wiosce dostarczają im jaja, więc są oszczędzane przed zjedzeniem. Na szczęście, mimo suszy, ryżu mają pod dostatkiem.

Mieszkańcy wioski byli na ogół uśmiechnięci i radośni. Nie jesteśmy pewni, czy źródłem ich radości jest wrodzona pogoda ducha czy też raczej fakt, że jesteśmy dla nich źródłem dochodu. Rodzina, która przyjęła nas pod swój dach, była jedną z nielicznych przyjmujących czasem turystów. Chociaż mieli możliwość dodatkowego zarobku byli bardzo biedni. Mimo to zrobili dla nas, turystów, „łazienkę” a sami chodzili myć się nad rzekę. Do późnych godzin wieczornych przechadzaliśmy się po wiosce, poznając ludzi i ich zwyczaje.

Natomiast wczesnym rankiem zostaliśmy zaproszeni do pomocy w przyrządzaniu śniadania. Była to jednocześnie okazja aby posłuchać opowiadań o ich codziennym życiu, obowiązkach i troskach.

Nakarmieni dość dziwnym, ale smacznym śniadaniem ruszyliśmy w naszą wyprawę. Z żalem żegnaliśmy wioskę i jej mieszkańców.


Przetrwać w dżungli cz. 1

Na najbliższe trzy dni mamy zaplanowany trekking czyli trzydniowy marsz przez dżunglę do głęboko ukrytych etnicznych wiosek. Po dotarciu do miasteczka Louang Namtha od razu udaliśmy się do naszego hotelu aby przygotować się do najtrudniejszego etapu w trakcie naszej podróży po Azji. Przy okazji poszliśmy na pobliski targ aby trochę zapoznać się z lokalnym folklorem. Trzeba przyznać, że miejsce to było nieco szokujące. Niestety zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co tam się dzieje.

To właśnie tu w pierwszy dzień naszej wyprawy spotkaliśmy się z naszymi przewodnikami. Stanowili dwuosobowy zespół, z których młodszy pełnił rolę tłumacza, natomiast starszy, mniej rozmowny laotańczyk, od początku sprawiał wrażenie wytrawnego „buszmena”. Omen nomen na tym targu nasi opiekunowie zaopatrzyli się na nasz pierwszy dzień, kupując suchy ryż, pomidory, banany i papryczki chili. Widząc to zachodziliśmy w głowę, jak w dżungli można ugotować ryż.

Nasza przygoda rozpoczęła się z dala od miasta, gdzie zostaliśmy przetransportowani wprost na skraj dżungli, u podnóża gór Nam Ha . Obaj nasi opiekunowie, uzbrojeni w maczety, ruszyli wraz z nami w głąb lasu. Od pierwszych kroków droga była bardzo trudna, ponieważ od razu zaczęliśmy iść ostro pod górę przedzierając się jednocześnie przez zarośla. Naszą wędrówkę utrudniały dodatkowo ciężkie plecaki, wypakowane nie tylko rzeczami niezbędnymi do przetrwania ale i również niemałą ilością wody.

Od samego początku przewodnicy pokazywali nam tajemnice kryjące się w dżungli. Zwracali naszą uwagę na otaczającą nas roślinność oraz zwierzęta, które można wykorzystać do przetrwania w tym trudnym dla człowieka terenie. Mieliśmy okazję spróbować młode paprocie, różnego rodzaju liście z drzew o przedziwnych smakach, owady, leczniczą korę z drzewa, serce palmy oraz inne „specjały”, których nie jesteśmy w stanie nazwać. Ku naszemu zaskoczeniu tak naprawdę znaczna część dżungli jest do zjedzenia, trzeba tylko wiedzieć po co sięgać. Trzeba przyznać, że nie wszystko było smaczne, ale jak się okazało, bardzo nam potrzebne, bo dopiero po jakimś czasie opiekunowie przyznali się, że wszystkie rzeczy, które nam podają, mają za zadanie utrzymać nas w dobrym zdrowiu podczas wyprawy. Hahaha, nieźle nas nafaszerowali, a to dopiero pierwszy dzień.

Po kilku godzinach wędrówki przyszedł czas na pierwszy postój. Ku naszemu zaskoczeniu na posiłek nie poszły w ruch wcześniej wspomniane zakupy z bazaru tylko tajemnicze potrawy ukryte do tej pory w plecakach przewodników. Za wspólny talerz posłużył nam wielki liść ze zbocza góry, na który z kilku woreczków zostały wysypane nieznane nam potrawy. Wyglądały raczej jak jakieś kiszonki, na szczęście smakowały wspaniale. Do dziś nie wiemy co tak do końca jedliśmy 😊.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku naszego przyszłego obozowiska. Pod koniec dnia nieco już zmęczeni dotarliśmy nad brzeg potoku, gdzie nie było mowy o odpoczynku. Musieliśmy zdobyć materiały na budowę naszych szałasów i legowisk do spania. Ku naszej uldze wszystko okazało się być na wyciągnięcie ręki. Bambus, liście palmy, liany oraz liście bananowca, trochę pracy i szałasy gotowe. O wygodach można było oczywiście zapomnieć, za posłanie służyły nam liście, na szczęście mieliśmy moskitierę, bo oprócz nas do spania było wielu chętnych przyjaciół z dżungli – 10-centymetrowych pająków, jadowitych skolopendr czy innych paskudztw.

W międzyczasie nasi towarzysze zaczęli przygotowywać kolację, wykorzystując przy tym nie tylko produkty przyniesione ze sobą, ale także dary dżungli zbierane przez całą naszą dotychczasową drogę. Naczynia potrzebne do ugotowania ryżu i innych potraw zrobili z bambusa rosnącego tuż przy naszym szałasie. Najpierw przyrządzili nam przepyszną herbatkę z nieznanego nam korzenia, a potem zabrali się za główne dania. W międzyczasie opowiadali nam co i jak robią, a także skąd biorą składniki. Przygotowanie zajęło sporo czasu, ale efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Był to jednocześnie czas na pogawędki o życiu w dżungli, okolicznych plemionach a także o nas samych. Zanim udaliśmy się spać po obfitym posiłku, poszliśmy złowić kilka ryb, które miały być dla nas częścią śniadania. Po udanym połowie udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek.

Następnego dnia rano przewodnicy przywitali nas kawą zaparzoną w bambusowym „czajniku” i pysznym śniadaniem, na które podali nam zupę rybną, jajecznicę, ryż oraz złowione wczoraj ryby. Wyśmienite powitanie dnia!

Wypoczęci i pełni energii ruszyliśmy w dalszą drogę, ale o tym przeczytacie w kolejnym wpisie.


Luang Prabang

Będąc w mieście Luang Prabang udaliśmy się codziennym środkiem komunikacji, czyli rozklekotanym wozotukiem, nad wodospad Kuang Si. Po drodze minęliśmy lokalną ekipę remontującą drogi, nie sposób było wam jej nie pokazać – jakie drogi taka ekipa 😊.

Sam wodospad jest położony pośród wzgórz otaczających miasto. Swój błękitny kolor zawdzięcza składowi skał, po których spływa. Jego charakterystyczną cechą są liczne półki, a właściwie baseniki, w których gromadzi się woda. Mimo suszy panującej w Laosie sam wodospad prezentował się nad wyraz okazale, więc z miłą chęcią podążaliśmy szlakiem prowadzącym wzdłuż całej jego rozciągłości. Wspaniały odpoczynek od 37 stopniowego upału panującego w tym regionie.

Pod koniec dnia zagłębiliśmy się w uliczki Luang Prabang zwiedzając przy okazji kilka interesujących świątyń. Najtrudniejsza do zdobycia była świątynia Wat Tham Phousi, do której prowadziło 328 wysokich kamiennych schodów. Była to dla nas doskonała rozgrzewka przed czekającą nas w najbliższym czasie wędrówką przez dżunglę.


Słonie cd.

Drugi dzień w wiosce słoni rozpoczęliśmy o świcie. Przy wschodzie słońca oczekiwaliśmy na łódź, która dowiozła nas do miejsca, w którym dnia poprzedniego pozostawiliśmy nasze podopieczne na nocleg. Niemało czasu zajęło nam znalezienie stada pośród dżungli. Ostatecznie udało nam się wypatrzeć całą gromadę pośród nieźle przetrzebionego już z zieleni lasu. Cała jedenastka słonic, kiedy nas dojrzała, z zainteresowaniem podniosła trąby wydając z siebie przedziwne dźwięki na powitanie, żadna z nich jednak nawet nie drgnęła. Dopiero kiedy zaczęliśmy wołać po imieniu nasze podopieczne, obie ruszyła w naszą stronę. Kiedy już do nas dotarły, rozpoczęły rytuał obwąchiwania i ocierania trąbami, sprawiając przy tym wrażenie bardzo radosnych. Po takim miłym przywitaniu ruszyliśmy w stronę rzeki na poranną kąpiel.

W trakcie mokrej zabawy, która zajęła niemało czasu ze względu na rozmiary pieszczochów, mahouci – opiekunowie opowiadali nam ciekawostki o słoniach. Od nich dowiedzieliśmy się, że te giganty boją się małych stworzeń, takich jak myszy, węże czy ptaki 😊. Wbrew swoim rozmiarom są bardzo ciche, delikatnie stąpają po ziemi. Niesamowicie zaskoczył nas fakt, że słonie są jednymi z najcichszych zwierząt w dżungli. Ich trąby służą nie tylko jako nosy ale też jako sprawna dłoń do podawania sobie jedzenia i wody, jak również silne ramię do łamania drzew i pokonywania przeszkód. Niestety czasem bywają niezgrabne, ponieważ mają słaby wzrok i w sytuacji cofania się lub obracania nie widzą przeszkód. Stąd też wzięło się przysłowie „słoń w składzie porcelany”.

Po zakończeniu kąpieli udaliśmy się na zasłużone śniadanie, najpierw nasze w „romantycznej kawiarence” nad brzegiem rzeki. Następnie wróciliśmy do naszych słonic, aby je nakarmić frykaskami takimi jak trzcina cukrowa i pędy ananasa. Był to czas na zabawy i pieszczoty, ale też i niestety powolne pożegnanie. Szkoda, że ten czas tak szybko przeminął. Było to dla nas wspaniałe przeżycie, pełne wzruszeń i radości.

Kiedy żegnaliśmy się z naszymi opiekunami, Kai Sonem i Vilachitem, usłyszeliśmy wiele miłych słów na temat naszej otwartości i miłości do zwierząt. Podobno rzadko zdarzają się ludzie z, jak to ujęli, otwartym sercem dla słoni. Naszym marzeniem jest powrócić kiedyś do tego miejsca.


Walentynki

Choć zazwyczaj nie obchodzimy zbyt hucznie Walentynek, gdyż uważamy, że należy się kochać i okazywać sobie uczucia na co dzień, będąc w Laosie postanowiliśmy zrobić wyjątek i spędzić ten dzień w niezwykły sposób. Jakiś czas temu wyszukaliśmy ciche, spokojne miejsce w laotańskiej dżungli, w którym mieszkają słonie. Miejsce to w przeciwieństwie do innych, masowo odwiedzanych przez turystów, w zasadzie skupia się na słoniach i opiece nad nimi a nie na rozrywce dla odwiedzających. Z tego powodu nasz dwudniowy pobyt w wiosce słoni spędziliśmy jedynie w obecności zwierząt i ich opiekunów.

Od momentu przyjazdu znaleźliśmy się pod opieką dwóch mahoutów, czyli ludzi pracujących ze słoniami, Kai Sona i Vilachita. Obaj pochodzą z plemienia Hmong, stanowiącego jedną z najliczniejszych grup etnicznych w Laosie. To właśnie oni pokazali nam prawdziwą naturę słoni, ich delikatność mimo ogromnych rozmiarów oraz łagodność w stosunku do człowieka. Dzięki nim z każdą godziną oswajaliśmy się z tym niezwykłym miejscem i otaczającymi nas słoniami. Nasze doświadczenia z końmi bardzo nam pomogły w zrozumieniu zasad obchodzenia się z tymi gigantami.

Sama wioska powstała niemal 20 lat temu i skupia się na opiece i leczeniu słoni. Nie ma tam łańcuchów, przemocy i wyzyskiwania tych zwierząt. Wszystkie mieszkające w wiosce słonie należą do gatunku słoni indyjskich i są płci żeńskiej, a największa z nich ważyła 4 tony. Spotkaliśmy tam również słoniowe „maleństwo” mające zaledwie 14 miesięcy, ważące już około tony. Jak na każdego malucha przystało lubił się bawić i psocić, czym całkowicie rozwiał nasze wszelkie obawy dotyczące tych kolosów.

Kiedy nasi opiekunowie przekonali się, że mogą nam zaufać, wybrali dla nas dwie słonice pod opiekę. Jedna z nich była mamą wcześniej wspomnianego „malucha” a druga była ciężarna. Na szczęście poród ma nastąpić dopiero za rok. Ufff… bo przyjęcie na świat 60 kg „noworodka” byłoby nieco kłopotliwe 😊.

Jak się nasze podopieczne zorientowały, że jesteśmy ich nowymi opiekunami, to ku naszemu zaskoczeniu, zaczęły nas obwąchiwać trąbami ze wszystkich stron, dosłownie jak psy, a przy tym pocierały nas nimi delikatnie. Nasi mahouci widząc to zjawisko wyjaśnili nam, że w ten sposób słonice nas zapamiętują, wiążąc nasz dotyk, zapach i głos z naszymi osobami, aby móc nas później rozpoznać. Niesamowite doznanie!

Po nacieszeniu się naszymi pociechami nadszedł czas na odprowadzenie pupilek na noc do  naturalnego domu, czyli dżungli. Dowiedzieliśmy się że nasze słonice niezupełnie żyją na wolności, do ich dyspozycji jest 300ha obszaru lasu należącego do wioski. Jest to taki swoisty padok, z tą różnicą, że konie nie zjadają 20 m2 dżungli w noc 😊. Natomiast jeżeli wam się wydaje, że to prosta sprawa odprowadzić słonie do dżungli to jesteście w dużym błędzie… Cwane olbrzymy wykorzystywały nasz zupełny brak doświadczenia i stanowczości, wędrowały sobie tam gdzie chciały a nie tam, gdzie miały iść. Ostatecznie nasi mahouci ubawieni po pachy zlitowali się nad nami, wsiedli razem z nami na słonie i pomogli nam odprowadzić je do miejsca docelowego.

Po powrocie do wioski udaliśmy się jeszcze do słoniowego szpitala w którym aktualnie przebywały dwie pacjentki. Jedną była młoda słonica z poranionym uchem z powodu otarcia o jakieś ostre drzewo. Drugą pacjentką była słonica z urwanym palcem u stopy. Kilka tygodni wcześniej w innym regionie Laosu biedaczka nadepnęła na bombę która wybuchła. Na szczęście siła wybuchu poszła w inną stronę i oszczędziła jej życie.

Pod koniec dnia zmęczeni ale szczęśliwi w końcu chcieliśmy dotrzeć do naszego miejsca noclegowego w wiosce słoni. Ku naszemu zaskoczeniu z okazji walentynek jak również faktu, że byliśmy jedynymi gośćmi zaoferowano nam znacznie bardziej romantyczne miejsce na nocleg oraz podano nam na kolację wspaniałe regionalne przysmaki. Poczuliśmy się jak w bajce…


Wodospady

Pierwszym miejscem, do którego udaliśmy się po zaaklimatyzowaniu się w nowym otoczeniu był malowniczy region płaskowyżu Bolaven Plateau, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni w ośrodku znajdującym się tuż przy wodospadzie Tad Fane. Nie bez powodu wybraliśmy to miejsce, ponieważ dosłownie z okien naszej chaty, w której mieszkaliśmy, mogliśmy podziwiać jeden z najwyższych wodospadów w południowej Azji.

Jest to region porośnięty rdzenną dżunglą poprzecinaną rzekami i urokliwymi wodospadami. Chcąc poznać lepiej tą okolicę wybraliśmy się najpierw drogą wiodącą przez wioski do wodospadu Tad Yuang. Droga do niego była uciążliwa, ponieważ panował upał przekraczający 37 st. C., jednak widok samego wodospadu jak też chłodna bryza bijąca od niego wynagrodziły nam trudy wędrówki. Po dłuższym wypoczynku udaliśmy się z powrotem do naszego ośrodka, z którego wcześniej obserwowaliśmy z oddali tajemniczy wodospad.

Zachwyceni jego urokiem postanowiliśmy zobaczyć go z innej perspektywy. Sięgnęliśmy po dość ekstremalną przejażdżkę tyrolką 250 metrów nad lasem okalającym wodospad Tad Fane. Składała się ona z czterech sekcji pozwalających podziwiać jego piękno z różnych wysokości oraz stron, dokładając do tego ogromną dozę adrenaliny. Na szczęście towarzyszyli nam dwaj nieco zwariowani instruktorzy, którzy przerwach pomiędzy jazdami opowiadali nam o okolicy i wodospadzie. Od nich dowiedzieliśmy się, że nie można do niego w żaden sposób dotrzeć i można go oglądać tylko z lotu ptaka lub nomen omen formy dla śmiałków, którą wybraliśmy, czyli szaleńczego przejazdu tyrolkami.

Warto było! Niesamowite doświadczenie!


Pakse

Laos to kraj leżący na półwyspie Indochińskim bez dostępu do morza. Większość powierzchni stanowią wyżyny i góry, porośnięte gęstą dżunglową roślinnością. Panuje tu klimat monsunowy, na szczęście nasz pobyt przypadł na porę suchą, która trwa od listopada do maja.

Największym niebezpieczeństwem, które może nas spotkać w Laosie są węże, pająki, skorpiony i skolopendry. Szczególnym zagrożeniem są te pierwsze, wśród których aż 22 gatunki są jadowite. Po wcześniejszych przygodach z wężami, które miało jedno z nas, mamy nadzieję, że żadnego z nich nie spotkamy.

Laos to ogromne dla nas wyzwanie ze względu na realne zagrożenia, które można spotkać tu na każdym kroku. Dobra zabawa to nie wszystko, bezpieczeństwo to priorytet, którym się tu kierujemy. Dlatego też w zasadzie każdą wyprawę w dżunglę będziemy odbywać w towarzystwie doświadczonego indywidualnego przewodnika. Nie pozostaje nam nic innego jak zaufać każdemu z nich i liczyć na ich wiedzę i umiejętności przetrwania. Korzystając z ich pomocy a także własnych przygotowań zamierzamy przemierzyć cały Laos z południa na północ.

Zanim jednak ruszyliśmy w trudniejsze tereny zwiedziliśmy miasto Pakse i udaliśmy się na pobliski targ aby zrobić kilka niezbędnych zakupów i przy okazji poznać miejscowe zwyczaje.


Witaj Laosie

Z samego rana dotarliśmy na lotnisko w Da Lat w Wietnamie, z którego, poprzez Ho Chi Minh polecieliśmy do miasteczka Pakse w Laosie. Dlaczego drogą powietrzną a nie lądową? Ponieważ podróż samolotem trwała łącznie 5 godzin, natomiast autokarem, jak gwarnie nazywają ten pojazd lokalni, jechalibyśmy niebezpiecznymi górskimi drogami co najmniej 30 godzin. Byłoby to bardzo nierozsądne, gdybyśmy porwali się na taki transport.

Jeżeli wam się wydaje, że odbyta przez nas podróż lotnicza to była czysta przyjemność w przestronnym nowoczesnym odrzutowcu, to jesteście w błędzie. Zapewniamy was, że nie była to bułka z masłem. Pierwszy etap z Da Lat do Ho Chi Mihn odbyliśmy standardowym samolotem rejsowym, natomiast z Ho Chi Minh do Paxse lecieliśmy nie mającym nic wspólnego z nowoczesnością turbośmigłowcem, w którym nawet niskie osoby muszą się schylić, by wejść na pokład. Silniki turbośmigłowe rodem z poprzedniej epoki sprawiały wrażenie, że dzięki nim zamiast lecieć do przodu, trzęśliśmy się jedynie w górę, dół oraz na boki i było strasznie głośno. Witaj Laosie 😊.

Lotnisko w Pakse charakterem niewiele odbiegało od samolotu, którym tam przylecieliśmy. Budynek, szumnie nazwany międzynarodowym terminalem lotniczym, to maleństwo porównywalne z dworcem kolejowym w Szczecinie Dąbie, tylko zamiast torów kolejowych jest pas startowy, który na szczęście był wystarczająco długi byśmy na nim mogli wylądować. Najzabawniejsze jest to, że to trzecie co do wielkości lotnisko w Laosie. Ciekawe jak będą wyglądały te mniejsze, na których będziemy lądować?

Po wylądowaniu w Paxse do samego końca nie wiedzieliśmy, w jaki sposób dostaniemy się odległego o 42 km miejsca noclegowego. Niestety odległość ta jest jednoznaczna z pokonaniem dużo większego dystansu w Polsce. Stan dróg pobocznych lub w ogóle ich brak, a także trudności ze znalezieniem transportu sprawiły, że nie byliśmy w stanie nic wcześniej zaplanować więc poszliśmy na żywioł. Na szczęście po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć chętnego do zawiezienia nas do Tad Fane Resort czyli naszego miejsca noclegowego, którym były drewniane domki zbudowane pośród dżungli. Tuk-tuk, jak szumnie nazwał go właściciel, wyglądał jak skrzyżowanie motoru z paką, która sprawiała wrażenie, jakby była przyspawana samodzielnie przez naszego kierowcę gdzieś w stodole. Wbrew pozorom pojazd ten pędził jak szalony, rozwijając zawrotne 65 km/h. Huczał przy tym i jęczał jakby miał się za chwilę rozpaść, a kierowca od czasu do czasu spoglądał przez ramię z uśmiechem na twarzy i nadzieją, że nie pogubił jeszcze po drodze balastu czyli nas. Mimo naszych obaw o stan pojazdu cali i zdrowi dotarliśmy do celu i to nawet w miarę szybko, co pozwoliło nam zwiedzić najbliższą okolicę i poznać mieszkańców.


Da Lat

Wykorzystując nasz obecny środek lokomocji – motorynkę – ruszyliśmy poznawać nową dla nas okolicę. Podziwiając egzotyczny teren, podczas jazdy natrafiliśmy na wioskę, w której ciągnęły się kilometrami szklarnie. Zaciekawieni co może się w nich znajdować zapytaliśmy przypadkowo napotkanego tubylca który, zamiast nam wyjaśnić, zaprowadził nas prosto do jednej ze szklarni. Okazało się, że wewnątrz rosną tysiące kolorowych kwiatów, znanych nam z polskich kwiaciarni i ogrodów. Znaleźliśmy tam również trochę warzyw i owoców. Fantastycznie było uciec od ulicznego gwaru do tonących w spokoju kwiatów ciągnących się pod szklanymi dachami.

Z żalem opuściliśmy to zadziwiające miejsce i w drodze powrotnej, nieco już zmęczeni, udaliśmy się na pobliski bazar, aby zjeść coś pysznego.

Niestety nasza przygoda w południowym Wietnamie dobiega końca. Z żalem opuszczamy ten region i następnego dnia o poranku ruszamy ku nowym przygodom w Laosie. Zapraszamy na kolejne wpisy w zakładce „Laos” ale nie żegnamy się jeszcze całkiem z Wietnamem, ponieważ niebawem wracamy do północnego Wietnamu!


Niezwykła kawa

Aby poczuć azjatycki klimat, wynajęliśmy typowo wietnamskiego rumaka pod postacią zgrabnej motorynki. Nie jest to co prawda wyścigowa bestia, tylko raczej potulny źrebaczek, którego daliśmy radę okiełznać. Po krótkim instruktażu wietnamsko-migowym ruszyliśmy w trasę z marną wiedzą identyczną jak przed instrukcjami, udzielanymi nam przez wietnamską właścicielkę. Zważywszy na tłok panujący na uliczkach Da Lat nasza przejażdżka zapowiadała się raczej na horror niż sielankę. Nie zważając jednak na przeciwności losu ruszyliśmy w trasę by poznać smak dość niecodziennej kawy (o czym za chwilę).

Kiedy już opanowaliśmy naszą motorynkę, która okazała się dość narowista, wyruszyliśmy na plantację aby skosztować kawy, która pozyskiwana jest z odchodów łaskuna. Na pierwszy rzut oka brzmi to całkiem niesmacznie, wobec czego postanowiliśmy najpierw osobiście poznać kawodajne zwierzątka. Łaskun nie wygląda na wytrawnego kawosza, bardziej przypomina połączenie kota z kuną z ujmującymi czarnymi oczami, którymi kupił nas od razu. Właścicielka plantacji, widząc nasze ogromne zainteresowanie zwierzakami i całym procesem przygotowania kawy, zaproponowała nam abyśmy osobiście poszukali najpiękniejszych ziaren pośród leżących tu i ówdzie kupek, z których następnie przyrządzi nam pyszny czarny napój. Faktycznie w pierwszej chwili pomyśleliśmy, że Wietnamkę poniosło – gdzie tu higiena!?! i w ogóle… Ale na szczęście był to tylko żart plantatorki. Zebrane przez nas ziarenka kazała oddać nie tylko z powodu ich bardzo dużej wartości ale również dlatego, że w takiej postaci do niczego się nie nadawały. Z ulgą przyjęliśmy tą wiadomość, ufff. Najpierw jednak oprowadziła nas po całej posiadłości, a nawet pokazała nam „salę porodową” mam łaskunowych 😊. Ostatecznie udaliśmy się już do miejsca, gdzie mogliśmy zaobserwować cały proces przygotowania kawy.

Zacznijmy jednak od początku. Łaskun, przemiłe zwierzątko, zjada owoce kawowca, które następnie trawi i wydala w wiadomy sposób. Podeschnięta kupka jest zbierana. Kolejnym krokiem jest wybieranie z niej przetrawionych ziaren, które są myte i suszone na słońcu. Kiedy ziarno już wyschnie oczyszcza się je z łupinek a następnie sortuje i przygotowuje do sprzedaży. Najbardziej nas zaskoczył fakt, że wszystkie etapy wykonywane są ręcznie, bez użycia jakichkolwiek maszyn. Pierwszym urządzeniem, z którym spotyka się kawa jest ekspres, oczywiście mocno odbiegał od znanych nam ekspresów, których używamy na co dzień. Choć cały proces pozyskiwania kawy, nomen omen najdroższej na świecie, budził w nas mieszane uczucia to i tak postanowiliśmy spróbować tego specjału.

 

Faktycznie, cena kawy może konkurować z jej smakiem. Ku naszemu zaskoczeniu była wyśmienita. Jej aksamitny smak i aromat absolutnie nie sugerował drogi, jaką przebyło każde ziarenko. To najsmaczniejsza kawa, jaką do tej pory piliśmy.

Napojeni boskim nektarem z odchodów łaskuna ruszyliśmy kontynuować nasze poszukiwania niecodziennych atrakcji. O tym jednak przeczytacie w kolejnym wpisie.


Canyoning

Odrobinę zmęczeni tempem zwiedzania, które sobie narzuciliśmy, postanowiliśmy zasmakować nieco innych emocji i nie myślcie, że chodziło nam o „leżing i plażing”  na leżaczku z kokosem w ręku. Jako wytrawni poszukiwacze przygód sięgnęliśmy po dosłownie rzekę adrenaliny.

Przygoda zaczęła się wczesnym rankiem, gdy przyjechał po nas bus pełen mniej lub bardziej rozemocjonowanych turystów różnej narodowości. W trakcie jazdy opiekunowie rozpoczęli wprowadzanie nas w szczegóły naszej przygody.

Na początek wyjaśnimy, co to jest kanioning. Jest to nic innego jak piesza wędrówka z biegiem górskiego potoku połączona z elementami wspinaczki (najczęściej w dół) po rwących wodospadach. Zanim jednak ruszyliśmy ku naszej przygodzie nasz przewodnik przeszkolił nas z obsługi sprzętu alpinistycznego, wspinaczki i zjeżdżania po linie. Na koniec dodali, że przez ostatnie 2 dni w górach lał deszcz i w dniu dzisiejszym potoki są mocno wezbrane i woda uderza z większą siłą. Niestety nie dodało nam to otuchy 😊.

Po takim wprowadzeniu ruszyliśmy w pełnym ekwipunku w stronę pierwszej przeszkody, jakim była 18-metrowa stroma ściana skalna, z której mieliśmy na rozgrzewkę spuścić się na linie. Na koniec trzeba było puścić linę i dosłownie odpaść ze ściany, lądując na plecach w wodzie z 1,5 metrowej wysokości.

Potem rozpoczęliśmy marsz potokiem do tyrolki, którą przejechaliśmy 50 metrów z półki skalnej przez zarośla aż do dalszej części potoku. Kiedy myśleliśmy, że jest to czas na chwilę odpoczynku to nasz przewodnik z uśmiechem na twarzy wskazał nam rynnę, którą mieliśmy zjechać w dół wodospadu jak po ślizgawce w piaskownicy z tą różnicą, że zamiast zwykłej ślizgawki był to uskok skalny kończący się w kipieli potoku. No nie było łatwo… ale na szczęście przewodnik widząc nasze zmęczenie zarządził przerwę na drobną przekąskę. Podczas posiłku z radością oznajmił nam, że teraz w końcu zaczniemy prawdziwy kanioning. Wydawało nam się, że już mamy za sobą niemałe wyzwania, ale okazało się, że najlepsze jeszcze przed nami.

Po krótkim, choć męczącym, marszu przez dżunglę oraz brodzeniu w potoku dotarliśmy do 25-cio metrowego wodospadu, z którego, ku naszemu przerażeniu, mieliśmy zejść w strumieniach rwącej wody bijącej w nas. Niestety na tym etapie mogliśmy liczyć wyłącznie na własne siły, gdyż asekuracja była właściwie niemożliwa, a do tego musieliśmy zdjąć buty i iść wyłącznie w skarpetach. Dlaczego? Żeby trzymać się lepie pazurami nóg.. 😉. Hahaha, tak naprawdę chodziło o możliwość lepszego wyczucia podłoża, gdyż ze względu na wodę uderzającą prosto w twarz z wielką siłą nie można było polegać na wzroku. Słuch też się do niczego nie przydał, gdyż huk wodospadu zagłuszał wszelkie instrukcje wykrzykiwane przez instruktora. To był pierwszy moment, kiedy tak naprawdę poczuliśmy obawę, że nie uda nam się pokonać tak trudnej przeszkody. Jednak adrenalina, buzująca nam w żyłach, pchała nas dzielnie do przodu i pozwoliła nam bezpiecznie dotrzeć na sam dół.

Kiedy już w końcu udało nam się pokonać ten wymagający fizycznie odcinek, na trzęsących się nogach stanęliśmy przed kolejnym wyzwaniem, które wymagało dla odmiany nie lada hartu ducha. Po zejściu z wodospadu znaleźliśmy się na półce skalnej, z której jedyną drogą w dół był skok do kipiącej, kompletnie nieprzejrzystej wody z wysokości 7 metrów. Mimo oporów i obaw zaufaliśmy naszym przewodnikom oraz – przede wszystkim – kamizelkom ratunkowym i skoczyliśmy w dół. Na szczęście po skoku dość szybko wypłynęliśmy na powierzchnię, co prawda nieco zdezorientowani ale szczęśliwi, że żywi dotarliśmy do końca tego naprawdę trudnego odcinka.

Okazało się, że to jeszcze nie koniec. Pozostała nam do pokonania tak zwana wisienka na torcie, czyli zejście rynną skalną nazywaną przez tubylców „pralką”? Skąd taka nazwa? Wyobraźcie sobie pralkę i wirującą w niej wodę. A pranie? To właśnie mieliśmy być my… amatorzy szukających mocnych wrażeń, którzy na sam widok rynny chcieli uciekać. Było to jednak niemożliwe, gdyż nie było drogi odwrotu. Z powodu powagi sytuacji nasi przewodnicy przeprowadzili ponowne szkolenie, by uniknąć niepożądanych problemów. Zdopingowani ich zachętami ruszyliśmy w wir pralki. Jeżeli wydawało nam się, że przebyte do tej pory przeszkody były trudne i emocjonujące, to ten odcinek przekroczył wszelkie nasze oczekiwania. Siła uderzenia wody była niesamowita, a utrata orientacji w wodnej kipieli przytłaczająca. Choć samo zejście nie było długie, to z naszego punktu widzenia, trwało to wieczność. Z ogromną ulgą każde z nas wypłynęło na powierzchnię wody, ciesząc się, że dotarliśmy cali i zdrowi do końca ostatniej przeszkody. Kolejny etap był już tylko spacerem w strumieniach wody i stanowił swoiste wyciszenie emocji i uspokojenie.

Czy warto było? NO JASNE!!


Świątynie My Son

My Son to wietnamska „ziemia święta”, dolina otoczona malowniczymi górami 48 km na zachód od Hoi An. My Son zostało wybrane na centrum religijne i wybudowane w późnych latach 4 w n.e. Jest to wielki kompleks religijny z ponad 70 wieżami i świątyniami zbudowanymi w różnych stylach architektonicznych. Nie sposób było nie odwiedzić tego miejsca będąc w Wietnamie.

Wybierając się w to miejsce wiedzieliśmy, że napotkamy świątynie dotknięte skutkami wojny. Kiedy dojechaliśmy oczom naszym ukazała się smutna rzeczywistość przedstawiająca mocno zniszczone zaledwie pozostałości świątyń. Aby lepiej zrozumieć historię tego miejsca skorzystaliśmy z usług miejscowej przewodniczki, która przybliżyła nam dzieje tego miejsca od powstania do zniszczenia.

Spacer pomiędzy ruinami świątyń dał nam odrobinę wytchnienia od codziennej gonitwy i pozwolił na chwilę zadumy. Mieliśmy wrażenie, jakby czas w tym miejscu płynął trochę wolniej.

Chcąc zachować nastrój, który nas opanował, po dotarciu do pobliskiej wioski wybraliśmy na drogę powrotną rejs łodzią zamiast z hałaśliwego środka transportu, jakim był dowożący nas do My Son bus.


Miasto lampionów

Hoi An, jeden z głównych portów handlowych w dawnej południowo-wschodniej Azji, a w chwili obecnej to żywe muzeum pełne wciąż zamieszkanych zabytkowych domów.

Wietnam, po 40 latach wojny, był bardzo zniszczony w związku z czym władze zwróciły się do całego świata o pomoc w ratowaniu zabytków i jako pierwszy wybrał się Polak – Kazik z Lublina, a dokładniej Kazimierz Kwiatkowski, polski architekt i konserwator zabytków. Tubylcy na początku nazywali go „człowiekiem z dżungli”, ponieważ biedak, z powodu silnie zaminowanej okolicy i utrudnień w transporcie, mieszkał w bambusowym szałasie niedaleko ruin My Son. Do miasta Hoi An trafił zupełnie przypadkowo. Zauroczony jego starym miastem postanowił powalczyć o jego zachowanie i odrestaurowanie, gdyż miasto to miało zostać „zrównane z ziemią” i odbudowane w nowoczesnym stylu. Dzięki niemu możemy dziś podziwiać przepiękną starówkę, która stała się drugim najczęściej odwiedzanym miejscem w Wietnamie.

Wdzięczni mieszkańcy Hoi An postawili polskiemu architektowi pomnik i nazwali park jego imieniem, „Kazik Park”, po którym bardzo przyjemnie nam się spacerowało. Jak się okazało Kazimierz Kwiatkowski stał się bohaterem kilku wietnamskich książek a także inspiracją dla wietnamskich filmowców.

Musimy przyznać, że dzięki „Kazikowi” lokalni mieszkańcy byli dla nas, Polaków, bardziej życzliwi.

Inną nazwą tej miejscowości jest miasto lampionów. Bierze się ona stąd, że produkuje się w nim do dnia dzisiejszego jedwabne lampiony metodą tradycyjną, ręczną. Poza tym w całej miejscowości porozwieszane są barwne lampiony. Najpiękniej naszym zdaniem wyglądają nocą, gdy rozświetlają tysiącem kolorów nadając miastu bajkowy charakter.

Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić odwiedzenia lokalnego bazaru, aby popróbować lokalnych przysmaków i poobserwować tubylców.

Wspaniale było odpocząć od zgiełku i chaosu, jaki do tej pory spotykaliśmy w większych miastach.


Privacy Preference Center