Aby poczuć azjatycki klimat, wynajęliśmy typowo wietnamskiego rumaka pod postacią zgrabnej motorynki. Nie jest to co prawda wyścigowa bestia, tylko raczej potulny źrebaczek, którego daliśmy radę okiełznać. Po krótkim instruktażu wietnamsko-migowym ruszyliśmy w trasę z marną wiedzą identyczną jak przed instrukcjami, udzielanymi nam przez wietnamską właścicielkę. Zważywszy na tłok panujący na uliczkach Da Lat nasza przejażdżka zapowiadała się raczej na horror niż sielankę. Nie zważając jednak na przeciwności losu ruszyliśmy w trasę by poznać smak dość niecodziennej kawy (o czym za chwilę).
Kiedy już opanowaliśmy naszą motorynkę, która okazała się dość narowista, wyruszyliśmy na plantację aby skosztować kawy, która pozyskiwana jest z odchodów łaskuna. Na pierwszy rzut oka brzmi to całkiem niesmacznie, wobec czego postanowiliśmy najpierw osobiście poznać kawodajne zwierzątka. Łaskun nie wygląda na wytrawnego kawosza, bardziej przypomina połączenie kota z kuną z ujmującymi czarnymi oczami, którymi kupił nas od razu. Właścicielka plantacji, widząc nasze ogromne zainteresowanie zwierzakami i całym procesem przygotowania kawy, zaproponowała nam abyśmy osobiście poszukali najpiękniejszych ziaren pośród leżących tu i ówdzie kupek, z których następnie przyrządzi nam pyszny czarny napój. Faktycznie w pierwszej chwili pomyśleliśmy, że Wietnamkę poniosło – gdzie tu higiena!?! i w ogóle… Ale na szczęście był to tylko żart plantatorki. Zebrane przez nas ziarenka kazała oddać nie tylko z powodu ich bardzo dużej wartości ale również dlatego, że w takiej postaci do niczego się nie nadawały. Z ulgą przyjęliśmy tą wiadomość, ufff. Najpierw jednak oprowadziła nas po całej posiadłości, a nawet pokazała nam „salę porodową” mam łaskunowych 😊. Ostatecznie udaliśmy się już do miejsca, gdzie mogliśmy zaobserwować cały proces przygotowania kawy.



Zacznijmy jednak od początku. Łaskun, przemiłe zwierzątko, zjada owoce kawowca, które następnie trawi i wydala w wiadomy sposób. Podeschnięta kupka jest zbierana. Kolejnym krokiem jest wybieranie z niej przetrawionych ziaren, które są myte i suszone na słońcu. Kiedy ziarno już wyschnie oczyszcza się je z łupinek a następnie sortuje i przygotowuje do sprzedaży. Najbardziej nas zaskoczył fakt, że wszystkie etapy wykonywane są ręcznie, bez użycia jakichkolwiek maszyn. Pierwszym urządzeniem, z którym spotyka się kawa jest ekspres, oczywiście mocno odbiegał od znanych nam ekspresów, których używamy na co dzień. Choć cały proces pozyskiwania kawy, nomen omen najdroższej na świecie, budził w nas mieszane uczucia to i tak postanowiliśmy spróbować tego specjału.
Faktycznie, cena kawy może konkurować z jej smakiem. Ku naszemu zaskoczeniu była wyśmienita. Jej aksamitny smak i aromat absolutnie nie sugerował drogi, jaką przebyło każde ziarenko. To najsmaczniejsza kawa, jaką do tej pory piliśmy.
Napojeni boskim nektarem z odchodów łaskuna ruszyliśmy kontynuować nasze poszukiwania niecodziennych atrakcji. O tym jednak przeczytacie w kolejnym wpisie.





























