Droga do wiosek jest bardzo trudna, wiedzie przez góry porośnięte gęstą dżunglą. Bez towarzyszących nam przewodników z pewnością nigdy byśmy tam nie trafili.
Zbliżając się do wioski usłyszeliśmy z oddali odgłosy wystrzałów. Nasi opiekunowie uspokoili nas tłumacząc, że to okoliczni mieszkańcy polują na ptaki z własnoręcznie zrobionej broni palnej o niewielkim zasięgu. Opowiedzieli nam również, że tubylcy oprócz tej broni wciąż używają do polowań kusz oraz stosują prymitywne pułapki na drobne zwierzęta.
Kiedy w końcu dotarliśmy do wioski była ona opustoszała. Tak się właśnie złożyło, że doszliśmy do niej od strony, gdzie znajdował się jedyny solidny budynek wśród drewnianych, ubogich chat, szkoła. Od razu nam wyjaśniono, że jej istnienie to zasługa nowozelandzkiej instytucji charytatywnej, która zasponsorowała jej budowę. Akurat odbywały się w niej zajęcia dla garstki dzieci. Opłakany stan szkoły i warunki, jakie w niej panowały uświadomiły nam, czego możemy spodziewać się w wiosce.
Nasze przypuszczenia potwierdziły się w pełni. Już od pierwszych kroków otoczyła nas bieda i zacofanie. Zobaczyliśmy drewniane chaty w większości pokryte jeszcze strzechą, przed którymi znajdowały się paleniska do przyrządzania codziennych posiłków, natomiast we wnętrzu chat znajdowały się wyłącznie sienniki, bez żadnych mebli czy innego wyposażenia. W całej wiosce nie było prądu, jedynie w nielicznych chatach zauważyliśmy maleńkie plastry solarowe, które dawały zasilenie co najwyżej na żarówkę.
Sami mieszkańcy żywią się wyłącznie tym, co znajdą w dżungli, a mięso jedzą tylko wtedy, gdy uda się polowanie. Kury i kaczki chodzące po wiosce dostarczają im jaja, więc są oszczędzane przed zjedzeniem. Na szczęście, mimo suszy, ryżu mają pod dostatkiem.
Mieszkańcy wioski byli na ogół uśmiechnięci i radośni. Nie jesteśmy pewni, czy źródłem ich radości jest wrodzona pogoda ducha czy też raczej fakt, że jesteśmy dla nich źródłem dochodu. Rodzina, która przyjęła nas pod swój dach, była jedną z nielicznych przyjmujących czasem turystów. Chociaż mieli możliwość dodatkowego zarobku byli bardzo biedni. Mimo to zrobili dla nas, turystów, „łazienkę” a sami chodzili myć się nad rzekę. Do późnych godzin wieczornych przechadzaliśmy się po wiosce, poznając ludzi i ich zwyczaje.
Natomiast wczesnym rankiem zostaliśmy zaproszeni do pomocy w przyrządzaniu śniadania. Była to jednocześnie okazja aby posłuchać opowiadań o ich codziennym życiu, obowiązkach i troskach.
Nakarmieni dość dziwnym, ale smacznym śniadaniem ruszyliśmy w naszą wyprawę. Z żalem żegnaliśmy wioskę i jej mieszkańców.

























































