Most kamiennych rąk

Kolejny dzień rozpoczęliśmy o świcie. Naszym celem był jeden z najbardziej charakterystycznych mostów w Wietnamie, Golden Bridge, znany z kamiennych podpór w kształcie dłoni, podtrzymujących całą konstrukcję. Most jest jedną z głównych atrakcji turystycznych w Da Nang, co powoduje, że przez większość dnia jest mocno zatłoczony. Chcąc oglądać go w całej okazałości, bez tłumu ludzi, zdecydowaliśmy się na wcześniejsze dotarcie do celu. Po niecałej godzinie jazdy dotarliśmy do podnóży gór Ba Na Hills, gdzie przesiedliśmy się na najdłuższy na świecie system kolejek linowych, który zawiózł nas niemal na sam most. Cała sieć kolejek zawieszona jest nad rozpościerającą się niczym morze dżunglą, gdzie wagoniki suną tuż na koronami drzew. Niestety w połowie naszej malowniczej trasy pod górę zaczęły się pojawiać gęste chmury i mgła. Ku naszemu zdziwieniu po dotarciu na miejsce okazało się, że most Golden Bridge tonie w chmurach i nie można było go zobaczyć w całej okazałości. Mimo to widok był niepowtarzalny i z pewnością godzien uwagi.

Kiedy już nacieszyliśmy oczy nieco dziwnym mostem, udaliśmy się do dość poplątanego miejsca zwanego Sun World, umiejscowionego pośród chmur na szczycie wzgórz Ba Na Hills, w którym obok repliki francuskiej wioski wraz z zamkami i brukowanymi uliczkami znaleźliśmy także ogrody kwiatowe, w których znajdowało się półtora miliona różnorodnych, przepięknie pachnących tulipanów. Wewnątrz jednego z zamków znajdował się park rozrywki, z którego atrakcji jednak niekoniecznie chcieliśmy skorzystać.

Mimo natłoku wrażeń, które nas tutaj zastały postanowiliśmy na zakończenie dnia pojechać na zupełnie inny most zwany mostem smoka. Na co dzień jest to zwykły most z którego korzystają mieszkańcy Da Nang, jednego z większych miast w Wietnamie. W rzeczy samej jest to smok w czystej postaci, wijący się przez całą długość mostu. Faktycznie zrobił na nas ogromne wrażenie, szczególnie przykuł naszą uwagę wieczorem, gdy zaczął zionąć ogniem z psyka niczym prawdziwy smok.

Przed spaniem nie mogliśmy sobie odpuścić lokalnego jedzenia. W tym celu udaliśmy się na bazar nocny, gdzie owoce morza były w pełni dostępne za niewielkie pieniądze. Nie ukrywamy, że poddaliśmy się niemałej pokusie.

Po powrocie z bazaru do hotelu zorientowaliśmy się, że zabrał się z nami nieproszony gość. Zapewniamy was, że nie była to żaba. Co się działo dalej? Pozostawimy to waszej wyobraźni… 😊


Hue

Chcąc zaoszczędzić czas postanowiliśmy przemieścić się z Ho Chi Minh do Hue drogą lotniczą, ponieważ przejazd popularnym tutaj autobusem sypialnym trwałby 25 godzin, po drogach budzących grozę. Przez połowę lotu zastanawialiśmy się jak rozpoznać kierowcę-przewodnika, który miał na nas czekać na lotnisku a następnie obwieźć po mieście i okolicy. Niestety miał na nazwisko Nguyen, podobnie jak niemal 50% Wietnamczyków. Co gorsza nie potrafimy jeszcze ich rozróżniać, gdyż zbyt krótko przebywamy w Wietnamie i wszyscy wyglądają jak klony. Dzięki bogu „nasz” Nguyen był przygotowany na taką sytuację i trzymał w ręku karton z naszym nazwiskiem. Okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem, mówiącym na szczęście dość zrozumiale po angielsku. Od razu nas zapytał jak sobie wyobrażamy naszą wycieczkę i czego od niego oczekujemy. Haha…, myśleliśmy, że już wcześniej to ustalaliśmy z jego szefem (nota bene Nguyenem).

Zacznijmy jednak od początku – dlaczego Hue? Ponieważ jest to dawna stolica Wietnamu, w której mamy możliwość poznania rdzennej kultury wietnamskiej. Miasto, zlokalizowane w centrum Wietnamu, znajdowało się blisko granicy pomiędzy Wietnamem Północnym i Południowym. Podczas wojny wietnamskiej było wielokrotnie niszczone przez obie strony konfliktu. W trakcie jazdy nasz przewodnik opowiadał nam o ogromie zniszczeń i tragedii wojennej. Na szczęście, mimo tak intensywnych walk, wiele zabytków nie ucierpiało przez co możemy je dzisiaj podziwiać.

Na początek wybraliśmy grobowiec cesarza Khai Dinh. Na pierwszy rzut oka miejsce to wydawało się być pałacem zastygłym od wieków w kamiennym śnie. Po przejściu ogromnej bramy napotkaliśmy dwa podwójne rzędy wykutych z kamienia postaci, stanowiących wartę honorową strzegącą tego miejsca. Po minięciu strażników oraz przejściu kolejnych poziomów dotarliśmy do wielkiej krypty. Od samego progu uderzyła nas łuna bogactwa i przepychu ociekającego złotem, stanowiąca niesamowity kontrast z surowym, zimnym, szarym światem zewnętrznym. W każdym zakątku tego niezwykłego miejsca odczuwaliśmy przedziwną atmosferę, która nie opuszczała nas przez dłuższy czas aż do momentu, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym rodzina cesarska mieszkała za życia, czyli Cytadeli Cesarskiej oraz Zakazanego Miasta. Zanim dotarliśmy na miejsce nasz przewodnik opowiedział kilka ciekawostek na temat obyczajów i kultury cesarskiej. Pokazał nam interesujące zakątki Miasta Cesarskiego oraz zaproponował przejażdżkę do kolejnego zabytku kultury wietnamskiej, Pagody Thien Mu. Oczywiście po drodze daliśmy się namówić na pyszną przekąskę w dość dziwnej „restauracji” i spacer po ogrodzie grobowca kolejnego cesarza – Minh Manga.

Dzień w Hue spędziliśmy w dość nietypowy jak na nas sposób, będąc obwożonym przez indywidualnego szofera i przewodnika w jednej osobie. Do tej pory staraliśmy się zawsze docierać w najciekawsze miejsca we własnym zakresie, ale sposób z jakiego teraz skorzystaliśmy spowodował, że mogliśmy zobaczyć zdecydowanie więcej w krótkim czasie. Stara, rdzenna kultura zrobiła na nas wielkie wrażenie.

Na koniec dnia Nguyen odwiózł nas na dworzec kolejowy, z którego ruszyliśmy pociągiem w dalszą podróż. Czy to był dobry wybór? Nie jesteśmy pewni. Co prawda dotarliśmy na miejsce, ale warunki w jakich oczekiwaliśmy na podróż oraz sama jazda są trudne do opisania. Na szczęście udało nam się wysiąść na odpowiedniej stacji, aczkolwiek wprost na tory pod prawie nadjeżdżający pociąg. Resztę niech opowiedzą zdjęcia.


Tunele Cu Chi

Będąc w Wietnamie nie sposób nie zobaczyć tuneli zbudowanych przez Viet Cong w czasach wojen indochińskich, stanowiących kawał historii tego kraju. Aby nie pominąć ważnych szczegółów związanych z funkcjonowaniem tuneli oraz ich znaczeniem skorzystaliśmy ze zorganizowanej wycieczki z przewodnikiem, który krok po kroku zaznajamiał nas z tajemnicami podziemnych tuneli.

Nasza podróż rozpoczęła się od odwiedzenia warsztatu robót ręcznych, wykonywanych przez osoby niepełnosprawne. Ich upośledzenie było spowodowane używanym przez wojska amerykańskie preparatem zwanym „Agent Orange”, powodującym deformacje ciała nowo narodzonych dzieci. Prace tych ludzi są wprost arcydziełem. Następnie ruszyliśmy w dalszą część wycieczki do tuneli.

Okazało się, że tunele Cu Chi  to rozległa na ponad 200 km trzypoziomowa sieć tuneli chroniących żołnierzy Viet Congu przed wojskami przeciwnika. Życie wewnątrz nie było jednak łatwe ze względu na ciasnotę – najniższe tunele miały ok. 60 cm wysokości, brak powietrza, wszechobecną wilgoć oraz różnego typu robactwo takie jak pająki czy skorpiony oraz inne „żyjątka”. Niewyobrażalnym dla nas jest, że żołnierze potrafili przeżyć w tych tunelach nawet miesiąc bez wychodzenia na powierzchnię. Tunele naszpikowane były pułapkami mającymi chronić mieszkańców przed nagłym atakiem wroga. Zdarzało się, że w niektórych partiach tuneli, mimo ciemności i niesprzyjających warunków, mieszkały całe rodziny chroniące się przed nalotami wojsk amerykańskich.

Tylko jedno z nas zdecydowało się zejść w wąskie, duszne tunele. Zgadnijcie, kto z nas się odważył?

Każdy, kto decydował się na wejście do tych tuneli już po kilku minutach doznał trudów, z jakimi musieli się zmagać ludzie w tamtym czasie. Duchota i niewielka ilość powietrza powodowały, że już po chwili robiło się bardzo gorąco. Potęgowała to niewygodna pozycja, w jakiej trzeba było się poruszać, gdyż wysokość tuneli nie przekraczała 140 cm, a w większości przypadków była nawet mniejsza, co zmuszało do poruszania się w kucki. Wędrówki nie ułatwiało poruszanie się w całkowitej ciemności, gdyż światła umieszczone były tylko na początku i końcu tuneli.

Słuchając naszego przewodnika mogliśmy poznać oblicze wojny wietnamskiej z odmiennego niż zazwyczaj punktu widzenia.

Korzystając z pozostałej części dnia ruszyliśmy w uliczki miasta by lepiej poznać jego klimat i mieszkańców. W pierwszych planach mieliśmy zamiar odwiedzić niezwykle barwną pagodę buddyjską, nie dotarliśmy jednak do niej, gdyż zarówno nawigacja jak i okoliczni mieszkańcy nie byli w stanie wskazać na jej dokładnej lokalizacji. Nie był to jednak stracony czas, gdyż dzięki temu mogliśmy lepiej przyjrzeć się mieszkańcom tego dziwnego miasta.


Ho Chi Minh

Ho Chi Minh jest największym miastem Wietnamu. Znajduje się w południowej części kraju i stanowi jego  centrum gospodarcze. Dawną nazwą miasta był Sajgon, która u nas bywa używana jako synonim bałaganu, chaosu i nieporządku. W rzeczy samej już od pierwszych chwil naszego pobytu w tym mieście uderzył nas wszechobecny chaos, gwar, niestety brud i trudne do sprecyzowania zapachy. Dopełnieniem sajgonu jest płynąca rzeka ludzi i pojazdów poruszających się pozornie bez ładu i składu. Zapewniamy was, że nie był to leniwy strumyk.

Nie ukrywamy, że po sterylnym Singapurze nie mogliśmy się znaleźć w tym „sajgonie”.

Ludzie w tym regionie są bardzo głośni. Mówiąc do siebie w zasadzie krzyczą, a ich specyficzny język jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. Ich głośne zachowane jest najprawdopodobniej spowodowane hałasem, jaki panuje na ulicach. Tysiące pojazdów bez końca przetaczają się ulicami, co jednak nie wydaje się przeszkadzać mieszkańcom, którzy gotują, jedzą, śpią, handlują tuż przy krawężnikach. Zadziwiające jest to, że bary uliczne, z których korzystają nie tylko tubylcy ale także turyści, znajdują się przy samych drogach. Nie to jest jednak najdziwniejsze, tylko fakt, że zamiast porządnych stołów i krzeseł korzysta się z malutkich plastikowych dziecięcych taboretów i stoliczków sięgających kolan. Chyba nie musimy nawet wspominać o higienie, jaka panuje w takich warunkach. Siedzące wprost na ziemi „kucharki” gotują na mini palnikach wielkie gary potraw niewiadomego składu. Z niektórych nie odważylibyśmy się skorzystać nawet gdybyśmy przymierali głodem.

W całym tym chaosie natrafić można również na wykwintne restauracje, które z jakiegoś powodu świeciły pustkami 😊. Istnieje także wariant pośredni, który czasami stanowił dla nas alternatywę wobec ulicznego jedzenia.

Jedzenie to nie jedyne wyzwanie, z jakim się spotkaliśmy. Nie lada wyczynem było bezpieczne przejście przez ulicę. Nawet poruszanie się po chodnikach to duży problem, gdyż zazwyczaj stanowiły one parkingi dla tysięcy motorów lub były zajęte przez „restauracyjki” i kramiki.

Podstawową zasadą na drogach jest „większy ma pierwszeństwo”. Człowiek na ulicy ma za zadanie przejść cało i zdrowo na drugą stronę. Światła właściwie nie mają tutaj znaczenia, czerwone czy zielone znaczą to samo, szczególnie dla motorków. Jazda pod prąd? Proszę bardzo. Chodnikiem? Nie ma problemu. Przejście dla pieszych? Co z tego? Rzeka pojazdów przetacza się dosłownie bez przerwy i tylko na większych arteriach można było liczyć na to, że się niektóre zatrzymają na czerwonym świetle. W większości miejsc, w których przekraczaliśmy ulicę, musieliśmy wyzbyć się wyuczonych nawyków i wszelkich oporów. Szliśmy powoli przed siebie licząc na to, że nas nie przejadą i unikając większych pojazdów, które za nic miały pieszego. Pewnie dlatego większość tubylców wybierała jakikolwiek środek lokomocji by nie stanowić potencjalnej ofiary.

Mimo chaosu panującego na ulicach ruch odbywał się płynnie, bez jakichkolwiek incydentów drogowych oraz ofiar.

Szkoła życia, trzeba się szybko uczyć i dostosować do otoczenia 😊.


Singapur nocą

Naładowani pozytywną energią ruszyliśmy do poznawania dalszych zakątków miasta. Nasze kroki skierowały się ostatecznie do wcześniej odwiedzonego miejsca, czyli okolicy ogrodów, gdzie znajduje się drugi z najbardziej charakterystycznych punktów w Singapurze – Marina Bay Sands. Jest to składający się z trzech części hotel połączony kopułą w kształcie statku. Z basenu znajdującego się na samym szczycie niestety nie skorzystaliśmy, gdyż postanowiliśmy jednak udać się na nocne widowisko w ogrodach nad zatoką.

Sam pokaz to taniec świateł na superdrzewach w rytm ciekawej muzyki. Wielokrotnie widzieliśmy widowiska łączące światło i muzykę, ale to naprawdę robiło ogromne wrażenie. Może to ogrom superdrzew, może to klimat panujący w tym miejscu uczynił pokaz niepowtarzalnym.

Wracając nieco okrężną drogą wokół zatoki zaskoczeni zostaliśmy pokazem świateł a następnie sztucznych ogni oraz pochodem grup artystycznych, które stanowiły zakończenie świętowania chińskiego Nowego Roku, który tym razem przypadł pod koniec stycznia.

Zrelaksowani po niezwykłych pokazach udaliśmy się w naszą kolejną kosmiczną podróż hotelową aby odpocząć przed jutrzejszym wylotem do Ho Chi Minh w Wietnamie.

Zapraszamy do bloga Wietnam południowy.


Chinatown

Będąc w tak nowoczesnym mieście, jakim jest Singapur, postanowiliśmy poszukać noclegu w jakimś kosmicznym miejscu. Nasz wybór padł – jak sama nazwa hotelu wskazuje – na iście galaktyczne kapsuły, czyli „Galaxy Pads”. Trafiliśmy na moduł mieszkalny rodem ze Star Treka, na szczęście grawitacja pozostała ziemska 😊.

Sam hotel znajduje się niedaleko niezwykłej, jakże odmiennej od nowoczesnego Singapuru, dzielnicy Chinatown. Wchodząc do niej mieliśmy wrażenie, jakbyśmy cofnęli się do innej epoki. Spomiędzy  towarzyszących nam do tej pory stalowo-szklanych drapaczy chmur wyłoniła się, niczym wyspa na oceanie, egzotyczna zabudowa, feeria kolorów, lampionów i barwnych ludzi. Niemalże jak ze ścianą zderzyliśmy się z ulicznym gwarem i hałasem. Setki stoisk i kramików, tysiące ludzi tworzą niezwykłą atmosferę tego miejsca, prawie nie pasującą do reszty nad wyraz poukładanego Singapuru.


Pierwsze chwile

Godzina 4:30 powoli staje się naszą tradycyjną godziną rozpoczynania podróży życia. Niemal każda nasza dłuższa wyprawa zaczyna się od budzika o tej porze. Tym razem wyruszamy z naszego „zaprzyjaźnionego” berlińskiego lotniska ☹ w kierunku Azji Południowo-Wschodniej, a dokładniej do Wietnamu i Laosu. Podróż rozpoczniemy jednak od poznania jednego z najnowocześniejszych miast na świecie, jakim jest Singapur. Przeciwności losu w postaci problemów na lotnisku, długiego, 11-godzinnego lotu czy przeniesienia się w czasie ze względu na strefę ponownie do 4:30 nad ranem nie powstrzymały nas przed zwiedzaniem Singapuru od razu po przylocie. Tak nieszczęśliwie się stało, że w momencie, gdy wybieraliśmy się w stronę azjatycką, w regionie tym wypłynął koronawirus. Zarówno na lotnisku berlińskim jak i singapurskim borykaliśmy się z wieloma dodatkowymi kontrolami i zwiększonym reżimem sanitarnym, który zmusił nas do noszenia masek ochronnych oraz korzystania wręcz obsesyjnie ze środków dezynfekujących na każdym kroku, by uchronić nasze zdrowie.

Singapur jest państwem-miastem położonym niemal na równiku, na krańcu Półwyspu Malajskiego. Znane jest z drakońskiego prawa i jego bezwzględnego egzekwowania. Dowiedzieliśmy się, że chłosta to jeden z wielu takich przykładów. Obowiązujący tu zakaz sprzedawania, kupowania i używania gumy do żucia to kolejny surowy i absurdalny, z naszego punktu widzenia, przepis. Szczególnie, że karą jest mandat w wysokości około 3 tys. zł. Uff.. na szczęście w Berlinie skonfiskowali nam wszystkie, więc kara chłosty nam nie groziła.

Należy także pamiętać, że zabronione jest tu jedzenie i picie w publicznych środkach transportu. Przepisy te są jeszcze bardziej rygorystyczne niż w odwiedzonej przez nas Japonii.

Abyśmy o wszystkim pamiętali co chwila przypominały nam o tym wszechobecne tabliczki z zakazami oraz karami, jakie grożą za ich złamanie.

Na szczęście Singapur to nie tylko kary i zakazy, ale przede wszystkim nowoczesne i ciekawe miasto, w którym można przejechać się autonomiczną taksówką bez kierowcy i testowane są już pojazdy rodem z filmów science-fiction czyli latające taksówki. Ogólnie panuje tutaj pogodna atmosfera. Mimo różnorodności raz i religii ludzie często uśmiechają się a nawet nawiązują kontakt zagadując i opowiadając o swoim mieście.

Po zwiedzeniu bardzo interesującego i odmiennego od tych, jakie do tej pory przemierzaliśmy podczas naszych podróży, lotniska udaliśmy się metrem do najbardziej charakterystycznego miejsca w Singapurze – ogromnego futurystycznego ogrodu botanicznego Gardens by the Bay czyli „ogrodów nad zatoką”. Stacja metra nieco nas zdziwiła, ponieważ różniła się od poznanych wcześniej. Zamiast peronów i nadjeżdżających pociągów zastaliśmy szklane „akwaria” z rozsuwanymi drzwiami, otwierającymi się z chwilą zatrzymania się metra. Wyglądały tak właściwie wszystkie stacje w mieście.

Idąc w kierunku ogrodu już z daleka zobaczyliśmy jedną z największych – dosłownie i w przenośni – atrakcji tego miejsca, jakimi są superdrzewa. Okazało się, że są to gigantyczne, sięgające do 50m, sztuczne drzewa przypominające budową baobaby, które pokryte są około 163000 roślin różnych gatunków. Nie ukrywamy, że zrobiły na nas niesamowite wrażenie.

Kolejną niezwykłą atrakcją ogrodu jest Cloud Forest, czyli szklana kopuła, pod którą ukryty jest największy, mierzący 35 metrów, wewnętrzny wodospad na świecie, oraz tytułowy „las w chmurach”. Oprócz nich natrafiliśmy tam na klimat, który ma towarzyszyć nam w dalszej podróży po Wietnamie i Laosie. Chodzi oczywiście o wysoką wilgotność i temperaturę tworzące tropikalną atmosferę, oraz roślinność, którą spotkamy w prawdziwej dżungli.

Niestety zmęczenie wielogodzinnym przelotem oraz nagła zmiana klimatu z polskiej „zimy” na równikowy upał, skłoniły nas do opuszczenia tego zadziwiającego miejsca aby udać się do naszego kosmicznego hotelu, ale o tym dowiecie się z kolejnego wpisu.


Burgos

Burgos to zabytkowe miasto w północnej Hiszpanii, położone nad rzeką Arlanzón.  Postanowiliśmy zawitać do tego ciekawego miejsca w zasadzie z powodu sentymentu do znanych już nam hiszpańskich klimatów. Mały kilkudniowy przerywnik na ziemi  Królestwa Kastylii i Leónu dodał nam wigoru do dalszych przygotowań związanych ze zbliżającym się wyjazdem do Wietnamu. Burgos, małe miasteczko mające wiele zabytkowych budowli zachęciło nas do długich spacerów. Ciekawa mieszana zabudowa, liczne place i  wąskie uliczki ukazały nam klimat  hiszpańskiej północy.

Największe wrażenie wywarła na nas usytuowana przy głównym placu miejskim okazała gotycka katedra Świętej Marii.  W przeciwieństwie do wcześniej odwiedzonej Barcelony, Burgos pięknie wkomponował nowoczesną architekturę w stojące od wieków budowle. Na szczęście w tym regionie Hiszpanii szacunek do zabytków jest zdecydowanie większy. Każdy obiekt będący perełką kulturową tego miasta jest szczególnie podkreślony, odnowiony a wręcz wypielęgnowany. Co więcej pięknie podświetlony po zmroku, czego nam zabrakło w Barcelonie. Ciekawym miejscem w Burgos był  klasztor Cartuja de Miraflores, położony tuż za miastem. Z racji obowiązującej tam klauzuli, która między innymi zabrania mieszkającym w nim mnichom kontaktu z ludźmi z zewnątrz, mogliśmy go odwiedzić w ściśle określonej godzinie. Co więcej mieliśmy możliwość otrzymać jedynie dostęp do kaplicy i kilku mniejszych sal. Na szczęście cierpliwość i pokora dla tego miejsca zaprowadziła nas na maleńki, przypadkowo znaleziony dziedziniec, na którym mogliśmy zaczerpnąć oddech w chłodnym powietrzu okalających nas murów. Ku naszemu zaskoczeniu w pewnej chwili do naszych uszu dobiegł niesamowity dźwięk śpiewów w wykonaniu mieszkających w klasztorze mnichów. Niestety nie mogliśmy ich zobaczyć choć byli tuż obok nas. Naszą wyobraźnię podsycało echo niosące przejmujące dźwięki.  Mnisi tego klasztoru ubrani są w białe obszerne szaty, wielkie kaptury zakrywające ich  głowy oraz długie rękawy które  jedynie obnażają czubki palców.  Musimy przyznać, że wizyta w tym miejscu była niezwykłym  doświadczeniem.

Każdego wieczoru dawaliśmy się ponieść radosnej atmosferze mieszkańców Burgos. Chętnie zaglądaliśmy do ulicznych restauracyjek aby popróbować regionalnych przysmaków.  Z zaciekawieniem przyglądaliśmy się tubylcom wypoczywającym w zacienionych alejach. My również uciekaliśmy tam od codziennego upału. Naładowani pozytywną energią tego miejsca wróciliśmy do rodzinnego kraju oraz  przygotowań do kolejnej wyprawy.

Burgos Gallery


Barcelona

Barcelona, to hiszpańskie miasto do którego dotarliśmy w drodze powrotnej do domu z wyprawy na Lanzarote. Decyzję o międzylądowaniu w tym mieście podjęliśmy dość spontanicznie z nadzieją, że będzie ono zmianą klimatu po dotychczasowym wulkanicznym plenerze.
Już od samego początku wizyta w tym mieście przebiegała z problemami. Kilka chwil po wylądowaniu dowiedzieliśmy się że nasz główny bagaż został zagubiony. Niefortunnie ekipa na lotnisku na Lanzarote zapakowała nasz bagaż do samolotu lecącego do Afryki a nie naszego. Niestety Hiszpańscy pracownicy lotniska nie czuli potrzeby aby nam pomóc, wręcz przeciwnie, opieszale i niechętnie udzielali wszelkich wyjaśnień. Cała procedura zgłoszenia i opisania zguby zajęła nam kilka godzin, ostatecznie zniechęceni z zaledwie podręcznymi bagażami udaliśmy się do naszego hotelu.
Na szczęście ciekawy widok miasta, który nam się ukazał zrekompensował nasz niesmak po lotniskowych przygodach. Oczywiście chwilę po zameldowaniu w Hotelu udaliśmy się na wieczorną przechadzkę po okolicy z nadzieją, że będziemy mogli podziwiać stare zabytkowe budowle w ciekawych podświetleniach. Zachód słońca bardzo szybko nas dosięgnął ale mimo to i tak udaliśmy się na ulice Barcelony. Niestety ku naszemu zdziwieniu kościoły, piękne katedry oraz ciekawa, historyczna architektura pogrążona była w ciemnościach. Nasze oczekiwania były podyktowane doświadczeniem z Polski oraz innych zakątków świata, gdzie większość zabytków oraz ciekawszych zakamarków podkreślane są światłem aby wyeksponować ich wizerunek.

Kolejne rozczarowanie jednak nas nie zniechęciło. Miasto to w przeciwieństwie do niedawno zamieszkałej przez nas wyspy, po zmroku tętniło życiem. Uliczki pełne radosnych bawiących się ludzi, w wielu zakamarkach restauracje i kafejki wypełnione po brzegi. Ciekawe zapachy zachęciły nas do pokosztowania regionalnych przysmaków. Uliczny bibelotowy handel uskuteczniany przez Afrykańczyków był aż do przesady wszechobecny i narzucany turystom. Miły klimat, uprzejmość i radość mijających nas ludzi wspaniale nastroił nas do poznania Barcelony za dnia.
Piękna zabytkowa zabudowa, kościoły oraz okazałe katedry w ciągu dnia robią wrażenie. Najciekawszy dla nas był Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa na szczycie wzgórza Tibidabo. Stamtąd mogliśmy podziwiać panoramę Barcelony. Niestety ku naszemu zaskoczeniu zabytkowe zabudowy w tym mieście są wręcz wciśnięte w nowoczesne budynki, bilbordy i kolorowe reklamy wiszą na fasadach kościołów, katedr lub innych zabytkach. Przed najpiękniejszą katedrą w sposób nachalny handlują kiczem Afrykańczycy, co więcej w odległości piętnastu metrów od wejścia do Sagrada Familia znajduje się miejska siusialnia dla psów. Odór jaki się roznosił wokół zabytkowej katedry był odrażający i niestety przyćmił jej urok. Jak się zorientowaliśmy najlepszą formą zwiedzania tego miasta jest wycieczka autokarem, który obwozi turystów przez główne arterie do najważniejszych punktów, oczywiście sprytnie omijając niestety odwiedzone przez nas tereny. O kolejnych rozczarowaniach nie będziemy pisali, postanowiliśmy znaleźć jak najwięcej pozytywnych emocji z tej wyprawy i zapamiętać jedynie tylko to co piękne. Wycieczkę do Barcelony niestety w naszym przekonaniu zaliczamy do nieudanej…


Morska przygoda

Teneryfa to nie tylko góry, ale także, a może przede wszystkim, woda. Dlatego też podczas naszego pobytu nie mogło zabraknąć również atrakcji wodnych. Nasz wybór padł na parascending, czyli lot na spadochronie za płynącą szybko łodzią motorową. Tym razem to Beata miała pozostać na dole, a Wojtek wraz z Magdą mieli zdobywać przestworza.

Cała przygoda rozpoczęła się w porcie Los Cristianos, gdzie wsiedliśmy, wraz z czterema innymi osobami do łodzi, a następnie ruszyliśmy na ocean. Zaraz po wypłynięciu Magda i Wojtek zostali ubrani w uprzęże, które miały być następnie przypięte do spadochronu.

Gdy nadeszła nasza kolej na wzbicie się w przestworza, Magda pierwsza ruszyła dziarsko na platformę startową. Po podpięciu pod spadochron bez zbędnego oczekiwania łódź przyspieszyła, a Wojtek wraz z Madzią unieśli się w powietrze, coraz bardziej oddalając się od motorówki. Po opadnięciu pierwszych emocji przyszedł czas na podziwianie widoków. Sokole oko Magdy wypatrzyło nawet żółtego, sporych rozmiarów żółwia. Na zakończenie emocjonującego lotu kapitan łodzi postanowił uatrakcyjnić lądowanie, pozwalając Wojtkowi i Magdzie „przejść” się po wodzie, zwalniając na tyle, by ich nogi zanurzyły się w oceanie. Po chwili mokrzy, ale radośni znaleźli się w łodzi. Na zakończenie kapitan zaserwował nam krótki rejs wzdłuż wybrzeża.

Po wszystkich tych emocjach przyszedł czas na kąpiel w oceanie i promieniach słońca.

Galeria


Masca

Po ostatnich emocjach związanych z lotem Beaty następny dzień postanowiliśmy spędzić spokojnie. Naszym celem została Masca, wioska położona na wys. 600 m u szczytu wąwozu schodzącego do oceanu. Droga, która do niej prowadzi z pewnością nie jest przeznaczona dla początkujących kierowców, wąskie przejazdy, na których miejscami nie mieszczą się obok siebie dwa samochody, wijące się zboczami gór strome serpentyny to wyzwanie dla kierowcy. Rozmieszczone co kilkadziesiąt metrów półki przeznaczone do łatwiejszego wspinania się posłużyły nam także jako punkty, z których mogliśmy podziwiać zapierający dech w piersiach górski krajobraz.

Będąc w wiosce postanowiliśmy spróbować lokalnych przysmaków w restauracji z pięknym widokiem na Mascę. Po zwiedzeniu tej urokliwej miejscowości udaliśmy się dalej w północną część Teneryfy. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, zimowa aura w tej części wyspy przypomina naszą późną jesień z opadami deszczu, chłodem i mgłą. Ilość drzew pozbawionych liści i śpiące krzewy pozwalają nam przypuszczać, że ten region wyspy latem tętni bogatą roślinnością i soczystą zielenią, w przeciwieństwie do surowszego południa.

Jako drogę powrotną obraliśmy przejazd wokół góry Teide. Trudna trasa spowolniła nas na tyle, że podróż odbywaliśmy w całkowitych ciemnościach. Zaskoczył nas duży ruch podczas jazdy i pełne parkingi wokół Pico del Teide. Okazało się, że czyste niebo i przejrzyste powietrze na wysokości ponad 2000 m pozwala podziwiać piękne, rozgwieżdżone niebo. My również skorzystaliśmy z okazji i postanowiliśmy zatrzymać się na dłuższą chwilę by obserwować rozpościerającą się nad naszymi głowami drogę mleczną w niespotykanej dotąd dla nas okazałości. Z niechęcią opuszczaliśmy miejsce z tak wspaniałym widokiem aby udać się w dalszą część drogi powrotnej.

Galeria


Prezent urodzinowy

Moja przygoda rozpoczęła się w miasteczku Costa Adeje, gdzie przyjechała po mnie busem ekipa pilotów i pozostałych uczestników przygody. Po chwili okazało się, że brakuje jednego pilota. Tak się złożyło, że zabrakło go akurat dla mnie. Na szczęście Wojtek z Madzią podążali za mną, więc organizatorzy wykorzystali nasz samochód, gdyż bus był już pełny. Świeżo zwerbowany pilot ochoczo wsiadł do auta i wreszcie mogliśmy ruszyć w góry i stawić się na miejsce startu. Nasza droga do celu wiodła wąskimi górskimi drogami, na których szalony kierowca błyskawicznie zostawił z tyłu Wojtka, pędząc krętą trasą bez chwili wahania. Równie wesoło było wewnątrz busa, gdzie zwariowana ekipa lotników, kiedy dowiedziała się, że paragliding jest moim prezentem urodzinowym, odśpiewała mi po włosku sto lat. W ten sposób dowiedziałam się, że wszyscy są Włochami.

Miejscem startu okazało się zbocze góry na wysokości ok. 1000 m niedaleko miejscowości Ifonche. Po dojechaniu na miejsce rozpoczęliśmy przygotowania, a w międzyczasie dojechał Wojtek z Madzią i pilotem który, jak się okazało, miał być moim opiekunem w trakcie lotu. Nie ukrywam, że kiedy go zobaczyłam, obudziły się we mnie pewne wątpliwości. Umberto był małym, drobnym, niższym ode mnie o pół głowy starszym panem, na dodatek bez trzech palców u ręki. Na szczęście podczas jazdy Wojtek dowiedział się, że ma on 22-letnie doświadczenie w skokach, a lot z nim to prawdziwe wyróżnienie.

Ekipa bardzo sprawnie i szybko rozłożyła sprzęt i paralotnię, nie dając mi chwili na zastanowienie się nad zmianą decyzji lub wycofanie się. Sytuacja zaczęła mieć dla mnie przebieg dość dramatyczny w momencie, kiedy pokazali mi skarpę, z której mamy startować. Na dodatek to ja miałam być koniem pociągowym gdyż Umberto miał zajmować się sznurkami. Ruszyłam więc dziarsko do przodu ciągnąc na plecach małego Włocha z nadzieją, że zabierze mnie do góry ze sobą i swoja paralotnią. Niestety ku mojemu zaskoczeniu zamiast się wznosić zaczęliśmy schodzić nieco w dół. Jak mi później tłumaczył Umberto po wyprowadzeniu nas na prostą, w momencie startu niefortunnie zabrakło nam troszkę wiatru. Jednak dzięki jego umiejętnościom i doświadczeniu wyszliśmy z lekkiej opresji bez szwanku. Kiedy w końcu ustabilizowaliśmy nasz lot i moje emocje nieco zelżały, zaczęłam podziwiać przepiękny, roztaczający się wokół mnie widok. Z jednej strony ocean, za plecami góry, z których startowałam, a pode mną drogi i miasteczka.. mogłam poczuć się jak ptak w przestworzach.

Kiedy Umberto przekonał się, że dobrze się bawię podczas naszego lotu, dał mi pokierować paralotnią, oczywiście uprzednio mnie instruując abyśmy nie skończyli na ziemi przed czasem… :). Muszę przyznać, że to wspaniałe uczucie kierować paralotnią w przestworzach.

Nadszedł jednak czas zakończenia lotu i przygotowań do lądowania. Naszym lądowiskiem była plaża w La Caleta. Oczywiście żeby nie było za łatwo, plaża nie była pusta, gdyż opalali się na niej turyści. Naszym zadaniem było gładkie lądowanie i oszczędzenie przy tym postronnych plażowiczów. Podobnie jak przy starcie tak i tutaj byłam koniem pociągowym, gdyż Umberto miał się skupić na naszym żaglu. Lądowanie przebiegło jednak w sposób perfekcyjny, co zostało nagrodzone brawami przez pozostałych członków ekipy. Mimo, że był to jeden z najwspanialszych prezentów, jakie mogłam otrzymać na urodziny, dający mi możliwość przeżycia niezwykłej przygody, to z radością postawiłam nogę na ziemi.

Galeria


Pico del Teide – Piekielna Góra

Jako pasjonaci gór nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wejścia na najwyższy szczyt w Hiszpanii, jakim jest wulkan Teide. Wejście na niego nie jest możliwe dla każdego, dlatego też już w Polsce musieliśmy z dużym wyprzedzeniem zarezerwować przepustkę wstępu na ostatni, najwyższy odcinek.

Wyprawę rozpoczęliśmy od przejazdu samochodem malowniczą trasą przez góry Adeje, aby poprzez równiny zwane cañadas dotrzeć do dolnej stacji kolejki linowej, położonej na wysokości 2356 m. W przeciągu zaledwie 8 minut pokonaliśmy 1200 metrów by znaleźć się w górnej stacji kolejki. Tutaj odczuliśmy już wyraźną zmianę temperatury, więc czym prędzej poubieraliśmy przygotowane wcześniej ciepłe ubrania. Wysokość 3555 m, którą osiągnęliśmy w chyba za szybki sposób zmusiła całą naszą trójkę do adaptacji w nieco rzadszym i znacznie chłodniejszym powietrzu. Na dole mieliśmy ok. 17 stopni, natomiast tutaj spadła do 3 stopni. Jak się później okazało, na szczycie było jeszcze zimniej, temperatura spadła poniżej 0. Nie zniechęciło nas to jednak i po chwili ruszyliśmy zdobyć szczyt. W przeciwieństwie do przejazdu kolejką na tym szlaku tłumów nie było, spotkaliśmy na nim raptem kilkanaście osób.

Wspinaczka okazała się bardzo ciekawym przeżyciem. Ku naszemu zdziwieniu z każdym pokonywanym metrem wzmagała się odczuwalna dla nas aktywność wulkanu. Kamienie, po których stąpaliśmy wyraźnie grzały nasze stopy, co dało się odczuć nawet przez buty. Niektóre z głazów były wręcz gorące, wszędzie odczuwalny był zapach wulkanicznych wyziewów a ze szpar w skałach wydobywała się para. Ciepło skał sprawiło, że pobyt na szczycie, na którym owiewał nas zimny wiatr i panowała ujemna temperatura, był całkiem znośny. Wszelkie niedogodności rekompensował wspaniały widok. Miło było stać na szczycie tak wysokiej góry i obserwować piętrzące się poniżej chmury, zatrzymujące się u podnóża Teide. Polecamy każdemu tę odrobinę wysiłku, aby doświadczyć tego widoku.

Galeria


Teneryfa – jakże odmienna od Lanzarote

Po zwiedzeniu bardzo surowej wyspy, jaką jest Lanzarote, wizyta na Teneryfie okazała się miłą odmianą. Nazywana kontynentem w miniaturze wyspa ta ma zróżnicowany klimat. Spowodowane jest to przedzieleniem jej przez wysokie pasmo górskie. Północno-wschodnia część wyspy ma klimat z częstszymi mgłami i nieco większymi opadami niż południowa część, czego doświadczyliśmy drugiego dnia pobytu. Wyruszając z naszej miejscowości cieszyliśmy się czystym niebem i temperaturą powyżej 24 stopni. Z każdym kilometrem, który przybliżał nas do centralnej, górzystej części Teneryfy, temperatura obniżała się do 8 stopni, gdzie miejscami widoczne były zmarzliny i niewielkie połacie śniegu. Po przekroczeniu pasma górskiego natrafiliśmy na grubą pokrywę chmur, którą musieliśmy przemierzyć by dotrzeć do północnej części wyspy. Ku naszemu zaskoczeniu przywitał nas tam rzęsisty deszcz i porywisty wiatr.

Droga prowadząca przez centrum Teneryfy stanowi bardzo ciekawą trasę, pełną serpentyn, ostrych zakrętów, przepaści i stromych zboczy, a także zjazdów i podjazdów. W wielu miejscach droga zwęża się do wąskich przesmyków, przez które może przejechać jedynie jeden pojazd.

Przemierzając całą wyspę mieliśmy możliwość obserwowania wpływu warunków klimatycznych na szatę roślinną. Północno-wschodnia część wyspy jest zielona i ma dobre warunki dla rolnictwa, część południowo-zachodnia jest uboga w zieleń. Analogicznie do Lanzarote rośliny z południowego regionu Teneryfy utrzymują się wyłącznie dzięki sztucznym systemom nawadniającym.

Natomiast w wyższych partiach centralnej części wyspy rośnie sosna kanaryjska o długich, miękkich igłach, która posiada zdolność pobierania wody z mgły. Jesteśmy pod wrażeniem jej możliwości dostosowania się do trudnego, skalistego, pozbawionego ziemi podłoża.

Centralnym punktem wyspy jest góra Teide, którą mogliśmy obserwować z niemal każdego etapu naszej trasy. Wysoka na 3718 m Pico del Teide zachęciła nas do zdobycia jej szczytu.

Galeria


Przylot

Naszą poprzednią wizytę na jednej z Wysp Kanaryjskich, Lanzarocie, wspominamy bardzo miło. Postanowiliśmy w związku z tym odwiedzić kolejną wyspę. Tym razem celem naszej podróży jest Teneryfa, największa wyspa archipelagu. Aby nie przeoczyć żadnej atrakcji zabraliśmy ze sobą dodatkową parę oczu – naszą córcię Magdalenę :).

Naszym starym zwyczajem na miejsce pobytu wybraliśmy mniejszą, spokojną miejscowość z dala od turystycznego zgiełku, Palm-mar. Znajduje się w południowo-zachodniej części wyspy, która o tej porze roku jest znacznie cieplejsza niż jej północny region. Mimo, że jest to pora zimowa, jest tu ciepło choć nie upalnie. Temperatury w ciągu dnia wahają się między 18 a 25 stopni. Jest to idealne miejsce na ucieczkę od polskiej zimy.

Galeria


Wyspiarze

Czas, jaki spędziliśmy na wyspie Lanzarote pozwolił nam poznać nie tylko teren i widoki, ale również mieszkańców i ich niektóre zwyczaje. Caleta de Famara w której mieszkaliśmy jest małą wioską rybacką uwielbianą przez surferów, ze względu na silne wiatry, fale i rozległą plażę. W przeciwieństwie do innych części wyspy prawie codziennie witały i żegnały nas chmury, rozwiewając się niemal z dokładnością zegarka około południa, a temperatura była o kilka stopni niższa niż na południu Lanzarote. To ogromny walor tego miejsca, dający wytchnienie od upałów panujących na wyspie. Jest to też obszar na którym można się spodziewać przelotnych opadów deszczu, co nas jednorazowo spotkało.
Nie ma to jednak większego wpływu na zieleń, ponieważ na całej wyspie naturalna roślinność jest bardzo uboga. W większych miastach, w których skupiały się kompleksy wypoczynkowe, przykładano mocniejszą wagę do sztucznego podtrzymywania zieleni takiej jak palmy, małe kwitnące krzewy i kaktusy. Wystarczyło jednak wyjechać poza granice danej miejscowości by dojrzeć surową prawdę trudnego klimatu wyspy.
Mieszkańcy Caleta dr Famara, z powodu małej ilości turystów, nie przywiązują wagi do otoczenia. Widocznie surowy krajobraz im nie przeszkadza. Miasteczko tkwi w pewnej monotonii a sami wyspiarze sprawiają wrażenie znudzonych i rozleniwionych. Często przesiadują na krzesłach wystawionych przed garaże, które stanowią raczej kolejne pomieszczenie, będące połączeniem pokoju i graciarni a nie lokum dla samochodu. Bardzo dziwnym dla nas zjawiskiem była ich forma spotkań towarzyskich, polegających na zebraniu się w mniejsze lub większe grupy, rozpaleniu grillów pomiędzy zaparkowanymi samochodami. Głośne rozmowy, zabawa i muzyka do późnych godzin nocnych stanowiła codzienność, a wręcz rytuał. Słowo prywatność ma tutaj kompletnie inne znaczenie.
Monotonia ich życia, która jest niezmienna przez cały rok, spowodowana brakiem odmienności w otoczeniu, zmienności pór roku a co za tym idzie stałym wyglądem roślin. Nie mają nawet zmartwień związanych z ciepłymi ubraniami. Wyspa stanowi atrakcję turystyczną cały rok, więc wyspiarze nie przejawiają żadnego zainteresowania przyjezdnymi. Czasem wręcz odczuwaliśmy lekkie lekceważenie z ich strony. Opieszałość dostrzegaliśmy szczególnie w punktach obsługi, restauracjach czy sklepach w stosunku do wszystkich klientów.
Często w godzinach porannych widzieliśmy rybaków czyszczących ryby i owoce morza takie jak kalmary, kraby czy małże. Widok ten zachęcał nas do odwiedzania ich restauracji gdyż wiedzieliśmy, że podane nam potrawy są zawsze świeże. I tu się nie zawiedliśmy, za każdym razem otrzymywaliśmy wspaniałe, smaczne i świeże potrawy.
Po czasie, jaki spędziliśmy na wyspie stwierdzamy, że Hiszpanie są głośni, sprawiają wrażenie kłótliwych, choć jest to pozorne, ponieważ mają taki sposób porozumiewania się na co dzień, przy czym mocno jeszcze gestykulują.
Pobyt na Lanzarote zapewnił nam dużo atrakcji i miło spędzonych chwil. Z pewnością wrócimy na Wyspy Kanaryjskie, aby poznać kolejne wyspy. Tymczasem ruszamy na podbój Barcelony.


Różne ujęcia

Oto kilka ciekawych naszym zdaniem ujęć, które gdzieś nam umknęły lub nie wiedzieliśmy do którego wpisu je dodać. Chcieliśmy się nimi podzielić.


Privacy Preference Center