Po opuszczeniu Laosu i przelocie do północnego Wietnamu, do Hanoi, jak już wcześniej wspomnieliśmy, podjęliśmy w dość nieoczekiwany sposób decyzję o zmianie planu naszej podróży ze względu na koronawirusa. Nie była to prosta sprawa.
W chaosie i niepewności, czy otrzymamy wizę, szukaliśmy możliwości przelotu do Birmy. Okazało się, że z Hanoi mogliśmy przelecieć jedynie do Yangon, znajdującego się w południowej Birmie. Jako, że droga powrotna do Polski, którą mamy już wykupioną, wiedzie ze stolicy Wietnamu przez Singapur, a przelot z Birmy jest możliwy jedynie przez to samo, wyżej wspomniane lotnisko, to postanowiliśmy nie siedzieć przez tak wiele dni w jednym mieście.
Jako wytrawni poszukiwacze przygód zaraz po wylądowaniu, późnym wieczorem, udaliśmy się na stację autobusów, aby złapać jakiś transport w kierunku północnym. Stacja autobusowa, na której się znaleźliśmy, była – przepraszamy za wyrażenie – jednym wielkim pierdolnikiem. Krzyk, jazgot, setki ludzi biegających – dla nas – bez ładu i składu, z twarzami umazanymi żółtą mazią. Większość mężczyzn była ubrana w spódnice do kostek, plująca co chwilę na ziemię czymś czerwonym wyglądającym jak krew. Cała sytuacja wzbudzała w nas niepewność, żeby nie powiedzieć strach. Chaos ten potęgowały autobusy, taksówki i motory wciskające się na siłę w tłum ludzi i straganiarzy. Znalezienie autobusu dla nas graniczyło z cudem. Jedyny wolny nocny autobus jechał do Bagan, miasta znajdującego się w środkowej Birmie, odległego o 8 godzin jazdy. Dobrze się złożyło, ponieważ miejsce to znane jest z ponad 3500 świątyń położonych w mieście i jego okolicy.
Jazda była, jakby to powiedzieć, „znośna”. Co prawda bujało i rzucało na wszystkie strony, to dało się nieco zdrzemnąć. Niestety mieliśmy tylko 2 postoje w czasie tak długiego przejazdu, z czego jeden był niemal w biegu. Nie dość, że wysadzono nas w środku jakiegoś pustkowia, gdzie miejsce uchodzące za toaletę lepiej pominąć milczeniem, to ciemne twarze tubylców, śledzące nas wzrokiem nie wzbudzały zaufania. Na szczęście cało i zdrowo, choć niekoniecznie bez przygód, dojechaliśmy na miejsce. Jakąś godzinę przed końcem podróży, już w świetle dnia, złapaliśmy kapcia. Mimo, że autobus był w dobrym stanie, to niestety przytrafiła się nam taka przygoda. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że kierowca po obejrzeniu usterki uznał, że nie stanowi ona zagrożenia i ruszył dalej w trasę. Jeżeli do tej pory ktoś nie miał choroby lokomocyjnej to z pewnością się jej nabawił. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek, aby w niedługim czasie ruszyć do zwiedzania tak ciekawego miejsca, jakim jest Bagan.