Odrobinę zmęczeni tempem zwiedzania, które sobie narzuciliśmy, postanowiliśmy zasmakować nieco innych emocji i nie myślcie, że chodziło nam o „leżing i plażing”  na leżaczku z kokosem w ręku. Jako wytrawni poszukiwacze przygód sięgnęliśmy po dosłownie rzekę adrenaliny.

Przygoda zaczęła się wczesnym rankiem, gdy przyjechał po nas bus pełen mniej lub bardziej rozemocjonowanych turystów różnej narodowości. W trakcie jazdy opiekunowie rozpoczęli wprowadzanie nas w szczegóły naszej przygody.

Na początek wyjaśnimy, co to jest kanioning. Jest to nic innego jak piesza wędrówka z biegiem górskiego potoku połączona z elementami wspinaczki (najczęściej w dół) po rwących wodospadach. Zanim jednak ruszyliśmy ku naszej przygodzie nasz przewodnik przeszkolił nas z obsługi sprzętu alpinistycznego, wspinaczki i zjeżdżania po linie. Na koniec dodali, że przez ostatnie 2 dni w górach lał deszcz i w dniu dzisiejszym potoki są mocno wezbrane i woda uderza z większą siłą. Niestety nie dodało nam to otuchy 😊.

Po takim wprowadzeniu ruszyliśmy w pełnym ekwipunku w stronę pierwszej przeszkody, jakim była 18-metrowa stroma ściana skalna, z której mieliśmy na rozgrzewkę spuścić się na linie. Na koniec trzeba było puścić linę i dosłownie odpaść ze ściany, lądując na plecach w wodzie z 1,5 metrowej wysokości.

Potem rozpoczęliśmy marsz potokiem do tyrolki, którą przejechaliśmy 50 metrów z półki skalnej przez zarośla aż do dalszej części potoku. Kiedy myśleliśmy, że jest to czas na chwilę odpoczynku to nasz przewodnik z uśmiechem na twarzy wskazał nam rynnę, którą mieliśmy zjechać w dół wodospadu jak po ślizgawce w piaskownicy z tą różnicą, że zamiast zwykłej ślizgawki był to uskok skalny kończący się w kipieli potoku. No nie było łatwo… ale na szczęście przewodnik widząc nasze zmęczenie zarządził przerwę na drobną przekąskę. Podczas posiłku z radością oznajmił nam, że teraz w końcu zaczniemy prawdziwy kanioning. Wydawało nam się, że już mamy za sobą niemałe wyzwania, ale okazało się, że najlepsze jeszcze przed nami.

Po krótkim, choć męczącym, marszu przez dżunglę oraz brodzeniu w potoku dotarliśmy do 25-cio metrowego wodospadu, z którego, ku naszemu przerażeniu, mieliśmy zejść w strumieniach rwącej wody bijącej w nas. Niestety na tym etapie mogliśmy liczyć wyłącznie na własne siły, gdyż asekuracja była właściwie niemożliwa, a do tego musieliśmy zdjąć buty i iść wyłącznie w skarpetach. Dlaczego? Żeby trzymać się lepie pazurami nóg.. 😉. Hahaha, tak naprawdę chodziło o możliwość lepszego wyczucia podłoża, gdyż ze względu na wodę uderzającą prosto w twarz z wielką siłą nie można było polegać na wzroku. Słuch też się do niczego nie przydał, gdyż huk wodospadu zagłuszał wszelkie instrukcje wykrzykiwane przez instruktora. To był pierwszy moment, kiedy tak naprawdę poczuliśmy obawę, że nie uda nam się pokonać tak trudnej przeszkody. Jednak adrenalina, buzująca nam w żyłach, pchała nas dzielnie do przodu i pozwoliła nam bezpiecznie dotrzeć na sam dół.

Kiedy już w końcu udało nam się pokonać ten wymagający fizycznie odcinek, na trzęsących się nogach stanęliśmy przed kolejnym wyzwaniem, które wymagało dla odmiany nie lada hartu ducha. Po zejściu z wodospadu znaleźliśmy się na półce skalnej, z której jedyną drogą w dół był skok do kipiącej, kompletnie nieprzejrzystej wody z wysokości 7 metrów. Mimo oporów i obaw zaufaliśmy naszym przewodnikom oraz – przede wszystkim – kamizelkom ratunkowym i skoczyliśmy w dół. Na szczęście po skoku dość szybko wypłynęliśmy na powierzchnię, co prawda nieco zdezorientowani ale szczęśliwi, że żywi dotarliśmy do końca tego naprawdę trudnego odcinka.

Okazało się, że to jeszcze nie koniec. Pozostała nam do pokonania tak zwana wisienka na torcie, czyli zejście rynną skalną nazywaną przez tubylców „pralką”? Skąd taka nazwa? Wyobraźcie sobie pralkę i wirującą w niej wodę. A pranie? To właśnie mieliśmy być my… amatorzy szukających mocnych wrażeń, którzy na sam widok rynny chcieli uciekać. Było to jednak niemożliwe, gdyż nie było drogi odwrotu. Z powodu powagi sytuacji nasi przewodnicy przeprowadzili ponowne szkolenie, by uniknąć niepożądanych problemów. Zdopingowani ich zachętami ruszyliśmy w wir pralki. Jeżeli wydawało nam się, że przebyte do tej pory przeszkody były trudne i emocjonujące, to ten odcinek przekroczył wszelkie nasze oczekiwania. Siła uderzenia wody była niesamowita, a utrata orientacji w wodnej kipieli przytłaczająca. Choć samo zejście nie było długie, to z naszego punktu widzenia, trwało to wieczność. Z ogromną ulgą każde z nas wypłynęło na powierzchnię wody, ciesząc się, że dotarliśmy cali i zdrowi do końca ostatniej przeszkody. Kolejny etap był już tylko spacerem w strumieniach wody i stanowił swoiste wyciszenie emocji i uspokojenie.

Czy warto było? NO JASNE!!

Privacy Preference Center