Z samego rana dotarliśmy na lotnisko w Da Lat w Wietnamie, z którego, poprzez Ho Chi Minh polecieliśmy do miasteczka Pakse w Laosie. Dlaczego drogą powietrzną a nie lądową? Ponieważ podróż samolotem trwała łącznie 5 godzin, natomiast autokarem, jak gwarnie nazywają ten pojazd lokalni, jechalibyśmy niebezpiecznymi górskimi drogami co najmniej 30 godzin. Byłoby to bardzo nierozsądne, gdybyśmy porwali się na taki transport.
Jeżeli wam się wydaje, że odbyta przez nas podróż lotnicza to była czysta przyjemność w przestronnym nowoczesnym odrzutowcu, to jesteście w błędzie. Zapewniamy was, że nie była to bułka z masłem. Pierwszy etap z Da Lat do Ho Chi Mihn odbyliśmy standardowym samolotem rejsowym, natomiast z Ho Chi Minh do Paxse lecieliśmy nie mającym nic wspólnego z nowoczesnością turbośmigłowcem, w którym nawet niskie osoby muszą się schylić, by wejść na pokład. Silniki turbośmigłowe rodem z poprzedniej epoki sprawiały wrażenie, że dzięki nim zamiast lecieć do przodu, trzęśliśmy się jedynie w górę, dół oraz na boki i było strasznie głośno. Witaj Laosie 😊.
Lotnisko w Pakse charakterem niewiele odbiegało od samolotu, którym tam przylecieliśmy. Budynek, szumnie nazwany międzynarodowym terminalem lotniczym, to maleństwo porównywalne z dworcem kolejowym w Szczecinie Dąbie, tylko zamiast torów kolejowych jest pas startowy, który na szczęście był wystarczająco długi byśmy na nim mogli wylądować. Najzabawniejsze jest to, że to trzecie co do wielkości lotnisko w Laosie. Ciekawe jak będą wyglądały te mniejsze, na których będziemy lądować?
Po wylądowaniu w Paxse do samego końca nie wiedzieliśmy, w jaki sposób dostaniemy się odległego o 42 km miejsca noclegowego. Niestety odległość ta jest jednoznaczna z pokonaniem dużo większego dystansu w Polsce. Stan dróg pobocznych lub w ogóle ich brak, a także trudności ze znalezieniem transportu sprawiły, że nie byliśmy w stanie nic wcześniej zaplanować więc poszliśmy na żywioł. Na szczęście po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć chętnego do zawiezienia nas do Tad Fane Resort czyli naszego miejsca noclegowego, którym były drewniane domki zbudowane pośród dżungli. Tuk-tuk, jak szumnie nazwał go właściciel, wyglądał jak skrzyżowanie motoru z paką, która sprawiała wrażenie, jakby była przyspawana samodzielnie przez naszego kierowcę gdzieś w stodole. Wbrew pozorom pojazd ten pędził jak szalony, rozwijając zawrotne 65 km/h. Huczał przy tym i jęczał jakby miał się za chwilę rozpaść, a kierowca od czasu do czasu spoglądał przez ramię z uśmiechem na twarzy i nadzieją, że nie pogubił jeszcze po drodze balastu czyli nas. Mimo naszych obaw o stan pojazdu cali i zdrowi dotarliśmy do celu i to nawet w miarę szybko, co pozwoliło nam zwiedzić najbliższą okolicę i poznać mieszkańców.


























