Na najbliższe trzy dni mamy zaplanowany trekking czyli trzydniowy marsz przez dżunglę do głęboko ukrytych etnicznych wiosek. Po dotarciu do miasteczka Louang Namtha od razu udaliśmy się do naszego hotelu aby przygotować się do najtrudniejszego etapu w trakcie naszej podróży po Azji. Przy okazji poszliśmy na pobliski targ aby trochę zapoznać się z lokalnym folklorem. Trzeba przyznać, że miejsce to było nieco szokujące. Niestety zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co tam się dzieje.

To właśnie tu w pierwszy dzień naszej wyprawy spotkaliśmy się z naszymi przewodnikami. Stanowili dwuosobowy zespół, z których młodszy pełnił rolę tłumacza, natomiast starszy, mniej rozmowny laotańczyk, od początku sprawiał wrażenie wytrawnego „buszmena”. Omen nomen na tym targu nasi opiekunowie zaopatrzyli się na nasz pierwszy dzień, kupując suchy ryż, pomidory, banany i papryczki chili. Widząc to zachodziliśmy w głowę, jak w dżungli można ugotować ryż.

Nasza przygoda rozpoczęła się z dala od miasta, gdzie zostaliśmy przetransportowani wprost na skraj dżungli, u podnóża gór Nam Ha . Obaj nasi opiekunowie, uzbrojeni w maczety, ruszyli wraz z nami w głąb lasu. Od pierwszych kroków droga była bardzo trudna, ponieważ od razu zaczęliśmy iść ostro pod górę przedzierając się jednocześnie przez zarośla. Naszą wędrówkę utrudniały dodatkowo ciężkie plecaki, wypakowane nie tylko rzeczami niezbędnymi do przetrwania ale i również niemałą ilością wody.

Od samego początku przewodnicy pokazywali nam tajemnice kryjące się w dżungli. Zwracali naszą uwagę na otaczającą nas roślinność oraz zwierzęta, które można wykorzystać do przetrwania w tym trudnym dla człowieka terenie. Mieliśmy okazję spróbować młode paprocie, różnego rodzaju liście z drzew o przedziwnych smakach, owady, leczniczą korę z drzewa, serce palmy oraz inne „specjały”, których nie jesteśmy w stanie nazwać. Ku naszemu zaskoczeniu tak naprawdę znaczna część dżungli jest do zjedzenia, trzeba tylko wiedzieć po co sięgać. Trzeba przyznać, że nie wszystko było smaczne, ale jak się okazało, bardzo nam potrzebne, bo dopiero po jakimś czasie opiekunowie przyznali się, że wszystkie rzeczy, które nam podają, mają za zadanie utrzymać nas w dobrym zdrowiu podczas wyprawy. Hahaha, nieźle nas nafaszerowali, a to dopiero pierwszy dzień.

Po kilku godzinach wędrówki przyszedł czas na pierwszy postój. Ku naszemu zaskoczeniu na posiłek nie poszły w ruch wcześniej wspomniane zakupy z bazaru tylko tajemnicze potrawy ukryte do tej pory w plecakach przewodników. Za wspólny talerz posłużył nam wielki liść ze zbocza góry, na który z kilku woreczków zostały wysypane nieznane nam potrawy. Wyglądały raczej jak jakieś kiszonki, na szczęście smakowały wspaniale. Do dziś nie wiemy co tak do końca jedliśmy 😊.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku naszego przyszłego obozowiska. Pod koniec dnia nieco już zmęczeni dotarliśmy nad brzeg potoku, gdzie nie było mowy o odpoczynku. Musieliśmy zdobyć materiały na budowę naszych szałasów i legowisk do spania. Ku naszej uldze wszystko okazało się być na wyciągnięcie ręki. Bambus, liście palmy, liany oraz liście bananowca, trochę pracy i szałasy gotowe. O wygodach można było oczywiście zapomnieć, za posłanie służyły nam liście, na szczęście mieliśmy moskitierę, bo oprócz nas do spania było wielu chętnych przyjaciół z dżungli – 10-centymetrowych pająków, jadowitych skolopendr czy innych paskudztw.

W międzyczasie nasi towarzysze zaczęli przygotowywać kolację, wykorzystując przy tym nie tylko produkty przyniesione ze sobą, ale także dary dżungli zbierane przez całą naszą dotychczasową drogę. Naczynia potrzebne do ugotowania ryżu i innych potraw zrobili z bambusa rosnącego tuż przy naszym szałasie. Najpierw przyrządzili nam przepyszną herbatkę z nieznanego nam korzenia, a potem zabrali się za główne dania. W międzyczasie opowiadali nam co i jak robią, a także skąd biorą składniki. Przygotowanie zajęło sporo czasu, ale efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Był to jednocześnie czas na pogawędki o życiu w dżungli, okolicznych plemionach a także o nas samych. Zanim udaliśmy się spać po obfitym posiłku, poszliśmy złowić kilka ryb, które miały być dla nas częścią śniadania. Po udanym połowie udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek.

Następnego dnia rano przewodnicy przywitali nas kawą zaparzoną w bambusowym „czajniku” i pysznym śniadaniem, na które podali nam zupę rybną, jajecznicę, ryż oraz złowione wczoraj ryby. Wyśmienite powitanie dnia!

Wypoczęci i pełni energii ruszyliśmy w dalszą drogę, ale o tym przeczytacie w kolejnym wpisie.

Privacy Preference Center