Balos i Gramvousa
Nasze ostatnie górskie wyczyny, czyli zdobycie najwyższego szczytu Krety, postanowiliśmy uczcić w miejscu dużo niżej położonym, uznawanym za najpiękniejsze na Krecie – lagunie Balos. Usytuowana jest w północno-zachodniej części Krety, miejscu odległym od naszej bazy noclegowej o ponad 2 godziny jazdy. Aby dostać się na lagunę można wybrać jedną z dwóch opcji: rejs statkiem lub dojazd samochodem. Oczywiście wybraliśmy ciekawszą formę, jaką jest rejs. Szczególnie, że umożliwił on nam dodatkowo zwiedzenie pirackiej wyspy Gramvousa.
Sam rejs trwał około godziny i był całkiem przyjemny. Trasa prowadziła wzdłuż skalistego wybrzeża Krety i pozwoliła nam obserwować skały i biegnącą wzdłuż brzegu cieniutką nitkę drogi, prowadzącej do laguny.
Po dopłynięciu na Lagunę Balos przywitał nas tłum turystów. Na szczęście większość z nich skupiła się na plażowaniu, dając nam możliwość penetrowania różnych zakamarków laguny w dużej mierze bez ich obecności. Otaczające nas kolory oszałamiały. Tyle odcieni niebieskiego w wodzie nie widzieliśmy w żadnym zakątku świata. W dodatku jasny, a miejscami różowy piasek, który powstał z rozdrobnionych muszli, nadał plaży niesamowitej malowniczości. Morze w lagunie jest bardzo płytkie i ciepłe, natomiast za skałami, na granicach laguny woda jest głębsza i zimniejsza, idealna do pływania i nurkowania. Jest to bardzo ciekawe miejsce, pięknie prezentujące się również z góry, skąd widać pełnię barw na tle surowego wybrzeża.
Po kilkugodzinnym pobycie na lagunie ruszyliśmy w dalszy etap naszego rejsu, którego celem była odległa o 15 minut Gramvousa. Wyspa, na którą dopłynęliśmy, to dawna wyspa piratów, którzy przejęli starą wenecką twierdzę. Nie mamy tu na myśli bajkowych „Piratów z Karaibów” lecz prawdziwych bandytów napadających w XIX wieku na przepływające statki. Znajdujący się w zatoce wrak statku, który malowniczo wkomponował się w obraz wyspy, niestety nie jest dziełem piratów tylko przypadkowego zatonięcia. Musimy jednak przyznać, że idealnie pasuje do historii Gramvousy.
Nieco wyczerpani ale zadowoleni z wizyty w tak pięknych miejscach ruszyliśmy z powrotem do domu, w kierunku górskich pejzaży.




















































































Szczyt Psiloritis
Psiloritis, inaczej zwany Timios Stavros, to najwyższy (2456 m n.p.m.) szczyt Krety. Jego widok podziwialiśmy codziennie z tarasu naszego lokum, aż w końcu postanowiliśmy, że chcemy spojrzeć w drugą stronę: ze szczytu w dół.
Wejście na szczyt jest dość sporym wyzwaniem, ale i sam dojazd do Lakkos Migerou, czyli płaskowyżu, z którego wiedzie jeden ze szlaków, dostarcza sporo emocji. Do opisanych wcześniej „atrakcji” drogowych, jak kręte, wąskie i strome podjazdy oraz stada zwierząt dochodzą prawdziwe osuwiska skalne, zmieniające fragmenty drogi w szutrowy szlak.
Sama wędrówka na szczyt również nie należy do najłatwiejszych, gdyż do pokonania czeka 900 m w górę szlakiem początkowo kamiennym, który przechodzi w ledwo widoczną wśród osuwających się kamieni ścieżkę. Nie dość, że trzeba uważać pod nogi to jeszcze przeszkadzają owce, wypoczywające, jakżeby inaczej, na szlaku. Nasze próby przegonienia ich zostały błyskawicznie przerwane przez wzrok barana jednoznacznie wskazujący, kto tu rządzi. Pozostało nam przedzieranie się przez boczne osuwiska, ponieważ woleliśmy nie zadzierać z rogatym królem. Żeby było zabawniej, takich spotkań mieliśmy co najmniej kilka, na szczęście jedyne obrażenia, jakie odnieśliśmy to urażona z przymusu ustąpienia owcom duma i kilka dodatkowych kropel potu.
Musimy przyznać, że widok, który zobaczyliśmy ze zdobytego szczytu, wart jest każdego wysiłku. Można dostrzec zarówno wybrzeża na północy i południu wyspy jak też pozostałe pasma górskie Krety. Widok jest tym przyjemniejszy, że mogliśmy podziwiać go wyłącznie w towarzystwie dzikich kóz, ewidentnie pilnujących porządku na szczycie 😊. Dlaczego tak niewiele osób dociera w to urokliwe miejsce – nie wiemy.
Nasyciwszy oczy pięknym widokiem ruszyliśmy w drogę powrotną, która okazała się nie mniej wymagająca niż podejście, a to za sprawą ciągle osuwających się spod stóp kamieni.
O tym, że wejście na szczyt najwyższej góry Krety jest nie lada wyczynem dowiedzieliśmy się po powrocie do naszego domu, gdzie właścicielka była pod wielkim wrażeniem naszego osiągnięcia i bardzo nam gratulowała. Możemy więc z dumą powiedzieć, że górę Psiloritis obejrzeliśmy z każdej strony.
















































































Plaża Preveli
Plaża Preveli to jedna z najpiękniejszych plaż na Krecie, znana przede wszystkim z naturalnego lasu palmowego, w którym rosną palmy daktylowe w odmianie typowej dla tej wyspy. Aby dostać się w to niezwykłe miejsce musieliśmy pokonać stromą ścieżkę w dół do plaży, która nie należała do najwygodniejszych. Strome zejście, obsuwające się spod nóg drobne kamienie, oraz wysoka temperatura sprawiły, że droga była zdecydowanie niemałym wyzwaniem. Warto było pokonać ten szlak, gdyż widoki i urok tego miejsca rekompensują wszelkie trudy.
Główną atrakcją plaży Preveli jest kanał z wodą wypływającą z odwiedzonego przez nas wcześniej wąwozu Kourtaliotiko, wpływającą bezpośrednio do morza. Z racji tego, że w poprzednim dniu Magda wykazała się odwagą okupioną dużym wysiłkiem, dziś postanowiła odpoczywać na lazurowej plaży, podczas gdy my ruszyliśmy w głąb lądu szlakiem pośród palm. Droga przebiegała wzdłuż kanału i prowadziła do zwalisk skalnych, które stanowiły barierę pomiędzy górskim strumieniem a słoną wodą wdzierającą się od strony morza. Aby w pełni docenić piękno palmowego lasu w drogę powrotną ruszyliśmy brodząc kanałem. Woda, początkowo sięgająca kolan, stawała się z każdym metrem coraz głębsza dochodząc bliżej ujścia do wysokości naszych ramion. Zmusiło to nas do niesienia plecaka oraz sprzętu jak Beduini na głowach, aby uniknąć ich zamoczenia. Po niełatwej przeprawie przez rzekę udało nam się szczęśliwie dotrzeć do plaży, na której wylegiwała się leniwie nasza Magda.
Powrót na parking wcześniej opisaną, trudną drogą, nie zdołał nam przyćmić wspaniałego wrażenia, jakie zostawiła na nas plaża Preveli.




































Wąwóz Kourtaliotiko
Na kolejny szlak wyruszyliśmy we wczesnych godzinach porannych. Naszym celem był wąwóz Kourtaliotiko, który jest jedną z największych atrakcji przyrodniczych na Krecie. Taka godzina nie jest podyktowana naszym zamiłowaniem do porannego wstawania lecz chęcią uniknięcia tłumów turystów, którzy pojawiają się w wąwozie w późniejszych godzinach.
Sam dojazd już jest interesującą podróżą, gdyż wiedzie malowniczymi krętymi górskimi drogami, pełnymi urokliwych widoków oraz plątających się pod kołami kóz i owiec, oczywiście bez swoich pasterzy.
Zejście na dno wąwozu zaczyna się od przekroczenia kamiennej bramy, za którą czekały na nas setki schodów w dół. Po drodze napotkaliśmy na mały kościółek, który pięknie komponuje się z malowniczym otoczeniem wąwozu. Na końcu szlaku czekały na nas liczne wodospady przelewające się wśród skał. Widok z góry na kaskady wodne zachęcił na do rzadziej już używanej trasy, prowadzącej do ich podnóża. Musimy przyznać, że łatwo nie było. Wznoszące się coraz wyżej słońce oraz wzrastająca na dnie kanionu temperatura dała nam się we znaki. Kiedy w końcu dotarliśmy do końcowego etapu naszej wycieczki okazało się, że do pokonania pozostał jeszcze ok. 40-metrowy odcinek do przepłynięcia w lodowatej górskiej wodzie. Naszą bohaterką okazała się Madzia, która samodzielnie odważnie wskoczyła do 0zimnej wody, zostawiając nas, „zmęczonych staruszków”, na brzegu, i udała się do podnóża wodospadu aby uwieńczyć ten wspaniały widok na zdjęciach. Rośnie nam godny następca 😊.



































Heraklion i Knossos
Heraklion to pierwsze miasto, które nas przywitało na Krecie. Ponieważ jednak lądowaliśmy w nocy, postanowiliśmy wrócić do niego za dnia, by poznać je lepiej.
Jest to największe miasto na wyspie, oczywiście przyciągające ogromną ilość turystów. Prócz licznych hoteli, restauracji oraz kawiarenek w Heraklionie znajduje się stara wenecka forteca Rocca al Mare, którą mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz, ponieważ była w trakcie renowacji. Krążąc po klimatycznych uliczkach miasta trafiliśmy na aleję rzemieślniczą, gdzie mogliśmy poznać wiele lokalnych wyrobów. Widać jednak, że ten obszar miasta jest mocno nastawiony na turystów, co nie do końca nas zadowoliło gdyż, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami z naszych podróży, pragnęliśmy poznać koloryt lokalnych targowisk, przeznaczonych przede wszystkim dla mieszkańców, bo to tam można dopiero poczuć prawdziwy klimat danego miejsca.
Pytając tubylców gdzie możemy znaleźć lokalny bazar, zwany tu laiki, trafiliśmy nareszcie na miejsce, w którym mogliśmy poznać smak kreteńskiej codzienności. Już z daleka było słychać gwar oraz okrzyki zachęcające do zakupu ich specjałów. Tam dopiero popróbowaliśmy regionalnych owoców, warzyw, serów i innych wspaniałości. Zaskoczyła nas natomiast część z przedmiotami życia codziennego i ubraniami. Mówiąc krótko przypominało to jeden wielki lumpeks, choć wszystko było nowe i z metkami. Cała ta część to jeden wielki bałagan i rozgardiasz, w której jednak mieszkańcy doskonale się odnajdywali.
Szkoda, że turyści tak rzadko zaglądają w takie miejsca, gdzie można poznać inne oblicze lokalnych mieszkańców.
Heraklion, jak i cała Kreta, to miejsce uznawane za jedną z kolebek ludzkości. Świadczą o tym choćby takie miejsca, jak Knossos, będący pozostałością pałacu, który powstał ponad 4 tys. lat temu. Zwiedzając ruiny byliśmy pod wielkim wrażeniem ówczesnych budowniczych, potrafiących wybudować tak rozległe budowle w czasach, gdy plemiona zamieszkujące nasze okolice nawet nie zaczęły rzucać w siebie kamieniami 😊. Dziwne miejsce, ale warto je odwiedzić.













































Monastery
Idąc za radą naszej gospodyni postanowiliśmy wyruszyć do jednego z najważniejszych miejsc na Krecie, klasztoru Arkadi. Znany jako miejsce oblężenia i walki z Turkami w trakcie powstania kreteńskiego w XIX wieku. Zabudowania w obecnej postaci pochodzą głównie z XVI stulecia.
Aby dojechać skorzystaliśmy ze sprawdzonej nawigacji Google, która tym razem spłatała nam figla. Z każdym kilometrem, który pokonywaliśmy do celu, coraz bardziej zastanawialiśmy się, czy oby na pewno jest to właściwa trasa. Nasza droga stawała się coraz węższa i bardziej kręta, nie dając nam nawet możliwości zawrócenia. Gdy dotarliśmy do pierwszego miasteczka ucieszyliśmy się, że jednak znaleźliśmy się w jakiejś cywilizacji. Nic bardziej mylnego, droga okazała się jeszcze węższa, gdzie między domami były tak wąskie przesmyki, że samochód ledwo się w nich mieścił. Kiedy udało nam się opuścić miasteczko i wyjechać na normalne drogi, trafiliśmy na znanych nam już władców szos, owce i kozy, które postanowiły nas nieco wstrzymać. Ostatecznie dotarliśmy do klasztoru choć w czasie „nieco” dłuższym od zakładanego.
Dla mieszkańców Krety klasztor Arkadi stanowi miejsce pamięci narodowej, będąc pomnikiem męczeństwa i walk niepodległościowych. Zwiedzając jego zakamarki widzieliśmy, że klasztor jest zadbany i utrzymywany w doskonałej kondycji mimo upływu wielu lat. Trzeba przyznać, że czuć tutaj kawał historii.
Idąc dalej za poradą naszej gospodyni udaliśmy się do wioski Spili, gdzie miała czekać na nas spektakularna fontanna składająca się z 25 lwich głów. Musimy przyznać, że nie zrobiła na nas zbyt dużego wrażenia. Nie dość tego, dosłownie obklejona knajpami polującymi na przypadkowego turystę. Jednak i takie miejsca zdarza nam się odwiedzać.
Będąc w Spili natrafiliśmy na coś znacznie ciekawszego, bardziej spektakularnego, natomiast nie opisanego w żadnym źródle informacji. Chodzi o klasztor św. Rafaela, niedawno wybudowany, a właściwie ciągle jeszcze w budowie. Zwiedzając przepiękny kompleks świątynny nie mieliśmy świadomości, że poruszamy się tak naprawdę po dachu całego klasztoru. Zorientowaliśmy się dopiero oglądając monastyr z lotu ptaka, a dokładniej z naszego drona, że, oparty na skale, schodzi jeszcze cztery poziomy w dół. Jest to piękne miejsce, które z nieznanych nam przyczyn jest całkowicie ignorowane przez turystów.








































Rethymnon
Miasto leży w północnej części Krety, w połowie drogi biegnącej z Heraklionu do Chanii. Mimo górskiego charakteru, okolice Retimno są dość gęsto zaludnione, w przeciwieństwie do regionu Amari, w którym mieszkamy. Położone na zboczach górskich domy sprawiają wrażenie otoczonych sadami owocowymi i gajami oliwnymi.
Zwiedzając miasto napotkaliśmy na starówkę z wąskimi uliczkami, pełnymi malowniczych kawiarenek, obsypanych kolorowymi kwiatami zwieszającymi się tuż nad głowami. Przechadzając się nimi napotkaliśmy na liczne zabytki tureckie i weneckie. Naszą uwagę najbardziej przykuł stary port wenecki z zabytkową latarnią. Przechadzając się jego brzegiem zostaliśmy zaproszeni przez starego rybaka do jego rodzinnej tawerny, aby posmakować przepysznych owoców morza i poczuć iście wenecki klimat.
Nauczeni doświadczeniem z Florencji, by uniknąć zwiedzania w środku upalnego dnia, w godzinach mocno popołudniowych udaliśmy się do górującej nad miastem potężnej fortecy weneckiej.
Fortezza została zbudowana w XVI wieku przez Wenecjan, miała służyć obronie miasta przed atakami piratów, a głównie bezpieczeństwu weneckich dygnitarzy. Mury długie na 1,3 km i grube na 1,7 metra układają się w kształt zbliżony do gwiazdy.
Wracając wieczorową porą z fortecy ponownie przespacerowaliśmy się po malowniczych uliczkach Rethymnonu, które wyglądały zupełnie inaczej niż za dnia. Kilka sklepików się już zamknęło, zapaliły się lampiony a kawiarnie wystawiły stoliki w oczekiwaniu na gości. Znacznie zmniejszyła się ilość spacerujących turystów, co nadało miastu spokojny klimat.
Wędrując uliczkami usłyszeliśmy w pewnym momencie dźwięki greckiej muzyki, które przywiodły nas do sklepu z oryginalnymi, kreteńskimi instrumentami. Właściciel sklepiku okazał się wielkim pasjonatem tradycyjnych greckich instrumentów, które zresztą własnoręcznie tworzył. Kiedy zaczęliśmy zadawać mu dociekliwe pytania na temat jego dzieł, tak się ucieszył, że przekazał nam wiele ciekawych informacji i wykonał mini koncert na kilku instrumentach, tłumacząc historię każdego z nich. Był to niezwykle miły akcent kończący dzień pełen wrażeń.





























Elafonisi
Elafonisi to niewielka wyspa położona tuż przy południowo-zachodnim brzegu Krety. Oznaczało to dla nas niemałą wyprawę, gdyż od miejsca naszego zamieszkania mieliśmy do przejechania ponad 200 km, w znacznej części górskimi krętymi drogami. Ostatni etap podróży prowadził przez bardzo głęboki, malowniczy wąwóz, który tym razem pokonaliśmy samochodem 😊. Region, w którym znajduje się Elafonisi, można określić jako miodem płynący, gdyż co chwilę przy drodze napotykaliśmy na stragany lokalnych farmerów, oferujących różnorodne miody oraz produkty miodopochodne wszelakiego typu, z których nie wszystkie byliśmy w stanie rozpoznać. Ilość uli widocznych na zboczach gór, które mijaliśmy po drodze, wyjaśnia bogactwo miodowych produktów.
Na wyspę można dostać się pieszo przez otaczającą wyspę płytką lagunę. Na Elafonisi znajduje się plaża z charakterystycznym różowym piaskiem, którego zobaczyliśmy jedynie pozostałości gdyż, jak się okazało, pojawia się wyłącznie wczesnym rankiem.
Laguna Elafonisi stanowiła dla nas miłą odskocznię od górskich widoków, a powrót dał nam możliwość zaopatrzenia się w kilka rodzajów miodów. Ciekawe, jak je przetransportujemy do Polski?



























Wąwóz Patsos
Wąwóz Patsos, który odwiedziliśmy na początku naszego pobytu na Krecie, to chyba jeden z najbardziej zielonych wąwozów Krety. Naszym zdaniem skutecznie obala stereotyp o monotonnym, skalnym krajobrazie każdego z tutejszych kanionów. Wąwóz ten stanowił dla nas miłą kryjówkę od upałów, jakie panują na wyspie w tym czasie, dochodzących do 36 stopni w cieniu. Wąwóz leży w pobliżu klasztoru Arkadi, niedaleko miejsca w którym mieszkamy.
Wąwóz Patsos można przejść na dwa sposoby, trasą łatwą lub trudną. Oczywiście, jak to my, wybraliśmy trudniejszy wariant. Na pewno nie jest to ścieżka dla każdego, gdyż występuje tu kilka zmian poziomów, które prowadzą po rozchybotanych drabinkach, asekurowanych linami. Niektóre wąskie skalne przejścia także wymagają pewnej sprawności fizycznej.
Przeprawa przez wąwóz Patsos przypomniała nam przygodę, jaką mieliśmy podczas kanioningu w Wietnamie. Oczywiście to tylko namiastka tamtejszych przeżyć, ale i tak pozwalająca poczuć dreszczyk emocji. Jesteśmy dumni z naszej Madzi, że bez słowa skargi podołała wyzwaniu i podążała wraz z nami przez trudy szlaku.
Musimy przyznać, że przejście przez wąwóz to czysta przyjemność, na dodatek bez stania w kolejkach i przepychania się z turystami. Wielogodzinny szlak pokonaliśmy niemalże sami, spotykając sporadycznie pojedyncze osoby.




































Petrochori i okolice
Kreta to jedna z największych wysp na Morzu Śródziemnym należąca do Grecji. Krajobraz wyspy tworzą skaliste wybrzeża, przeplatające się z szerokimi, jasnymi plażami. Na Krecie wyróżnia się trzy najważniejsze pasma górskie, położone odpowiednio w zachodniej, środkowej i wschodniej części wyspy. Miejscowość Petrochori, w której się zatrzymaliśmy, znajduje się w przy górach Idajskich, stanowiących centralne pasmo górskie Krety. Najwyższym szczytem jest Psiloritis, którego widok możemy podziwiać codziennie z naszego tarasu i zamierzamy go w niedługim czasie zdobyć.
Petrochori znajduje się w obszarze Amari, znanego z uprawy drzew oliwnych w wyjątkowej odmianie, dających oliwę uznawaną za jedną z najlepszych na świecie. Jest to niewielka miejscowość licząca trochę ponad 200 osób, odległa od nabrzeży pełnych turystów. Położona jest na zboczu góry, podobnie jak większość miejscowości górskich na Krecie.
Drogi dojazdowe stanowią prawdziwe wyzwanie, są wąskie i kręte, często strome. Dodatkowymi utrudnieniami są osuwające się ze zboczy kamienie oraz wszechobecne na wyspie, łażące samopas kozy i owce. Jeżdżąc tymi drogami odnosiliśmy wrażenie, że to my jesteśmy intruzami a rządzą tam wspomniane rogate stworzenia. Prócz oliwy na Krecie wytwarza się też duże ilości miodu. Dzięki temu, że wyspa pokryta jest ogromną ilością kwiatów i nie tylko na wybrzeżu, ale również na stokach górskich, pszczoły mają wyśmienite warunki.
Piękne górskie trasy, które przemierzaliśmy, doprowadziły nas do równie pięknego wybrzeża, na którym można natrafić na wiele ciekawych miejscowości, jak choćby Agia Galini lub Bali.
Kreta to bardzo ciekawa wyspa, którą mamy zamiar lepiej poznać.



































Wylot
Nareszcie nadszedł czas na zwiedzenie kolejnego zakątka Europy. Tym razem przyszła kolej na Kretę. Podróż naszą rozpoczęliśmy przejazdem na berlińskie lotnisko we wczesnych godzinach porannych, aby złapać lot na grecką wyspę. Niestety, z chwilą, kiedy wkroczyliśmy na teren lotniska, zorientowaliśmy się, że dopadł nas wielki pech. Ze względu na wygodę i chęć rozpoczęcia wypoczynku jak najwcześniej wybraliśmy tanią linię lotniczą, która jako jedyna dawała taką możliwość. Musimy przyznać, że do tej pory nie korzystaliśmy z najtańszych przewoźników i po przygodach, które nas spotkały, nigdy więcej tego nie zrobimy.

Na lotnisku pojawiliśmy się w standardowym czasie, wymaganym przez wszystkie linie do odprawy bagażu. Ku naszemu przerażeniu nasz przewoźnik, który miał nas dowieźć na Kretę, zamknął już bramki odpraw i nie mieliśmy szansy na nadanie bagażu. Jedyną możliwością był odlot bez walizek co, biorąc pod uwagę planowany 2-tygodniowy pobyt, nie miało najmniejszego sensu. Najdziwniejsze było to, że nikt na lotnisku nie potrafił nam wyjaśnić, dlaczego linia lotnicza w tak niestandardowy sposób zamknęła odprawę bagażu. W związku z tym, że ani pracownicy lotniska ani my nie byliśmy w stanie skontaktować się z przedstawicielami przewoźnika, choć samolot stał na płycie lotniska jeszcze przez 1,5h, podjęliśmy decyzję o znalezieniu alternatywnego lotu na wyspę. Musimy przyznać, że nie było łatwo gdyż wszystkie miejsca zarówno w lotach bezpośrednich jak i przesiadkowych były zajęte. Już prawie zdecydowaliśmy się na powrót do domu i szukanie lotu w innym dniu, gdy nagle usłyszeliśmy, że w ostatniej chwili zwolniły się trzy miejsca do Frankfurtu, skąd mogliśmy znacznie łatwiej złapać lot na Kretę. Po 6 godzinach spędzonych we Frankfurcie wyruszyliśmy ku naszemu ostatecznemu celowi – Krecie. Niestety z powodu kłopotów na początku naszej podróży na wyspie wylądowaliśmy w godzinach nocnych, co znacznie utrudniło nam dotarcie przez kręte górskie drogi, do miejsca naszego pobytu, miejscowości Petrochori. O 2:30 w nocy zameldowaliśmy się wreszcie na miejscu, gdzie gospodyni, biegając w koszuli nocnej, przygotowała nam kolację oraz podała raki (lokalny mocny alkohol) na powitanie i pocieszenie po trudach podróży. O gościnności mieszkańców Krety napiszemy jednak później. Dopiero o poranku odkryliśmy, w jak malowniczym miejscu się znaleźliśmy.


















Florencja
Z naszej sielskiej, wiejskiej Toskanii, pełnej wzgórz z winnicami, pojechaliśmy do Florencji, miasta w środkowej części Włoch. Florencja to stolica regionu i jedno z najpiękniejszych miast we Włoszech, zwane perłą renesansu. Z drugiej strony z przykrością musimy o tym powiedzieć, ale z naszego punktu widzenia pełna też kiczu i wręcz zalana turystami, a do tego potwornie duszna i gorąca.
Zacznijmy jednak od tej dobrej strony. We Florencji spotkaliśmy dużo przepięknej architektury, zaczynając od absolutnie zjawiskowej katedry Santa Maria del Fiore, poprzez pałac Palazzio Vecchio wraz ze stojącym przed wejściem posągiem Dawida Michała Anioła oraz wieloma innymi ciekawymi rzeźbami, po niezwykły most Ponte Vecchio, jeden z najstarszych mostów w Europie.
Wędrując urokliwymi wąskimi uliczkami dotarliśmy pod wieczór na plac Michała Anioła, skąd rozpościera się przepiękny widok na panoramę Florencji, szczególnie ciekawą po zmroku.
Pozytywne wrażenia są niestety częściowo przysłonięte przez wcześniej wspominane negatywy – tłumy turystów oraz wszechobecny kicz, najbardziej widoczny w małych sklepikach, handlujących tandetnymi, pozbawionymi smaku pamiątkami, wśród których dominują na wszelaki sposób ujęte genitalia Dawida Michała Anioła czy innych znanych rzeźb z niby dowcipnymi napisami. Sytuacji nie poprawia tłum rozwrzeszczanych, spoconych turystów, przelewających się przez wąskie, duszne, zaśmiecone uliczki.
Choć Florencja jest piękna, to z radością wróciliśmy w nasze wiejskie klimaty.






































Toskania winem i oliwą płynąca
Domek, który wybraliśmy na miejsce naszego wypoczynku, znajduje się z dala od miejskiego zgiełku w dolinach pełnych słońca otoczonych licznymi winnicami oraz drzewami oliwnymi. W zasadzie w każdym, jak również i naszym, gospodarstwie w Toskanii jest przygotowywana oliwa z oliwek, którą na co dzień mogliśmy smakować.
Idąc za radą naszych gospodarzy postanowiliśmy kilka razy odwiedzić pobliskie, niewielkie winniczki. Tradycyjnie w każdym nowym miejscu, w którym się pojawialiśmy, właściciel winnicy częstował nas chlebem skropionym oliwą własnej produkcji oraz dawał, ku naszemu zaskoczeniu, do spróbowania od 3 do nawet 7 rodzajów win. Każde z nich okraszone było opowieścią związaną z jego produkcją, a ich aromat i smak były niepowtarzalne, podobnie jak klimat każdej z winnic.




















Miasto wiatru i kamienia
Volterra to miasto, w którym schodzą się drogi i wiatry ze wszystkich stron świata. Będąc tam doświadczyliśmy tego wiatru, hulającego po uliczkach, na własnej skórze. Miasto jest położone wysoko na szczycie wzgórza i wygląda iście średniowiecznie: strome uliczki, place, wieże rycerskie i kościoły charakterystyczne dla minionych epok. Aż czuje się tu ducha przeszłości. Volterra słynie z wydobycia alabastru, czym zajmowali się już założyciele miasta, Etruskowie. Nawet dzisiaj znaleźliśmy kilka wciąż działających warsztatów, w których tworzone są niesamowite alabastrowe rękodzieła.
Jest to bardzo ciekawe miejsce, które dało nam chwilę wytchnienia od upalnego włoskiego klimatu.


























Piza
Piza to jedno z najstarszych miast w Europie, oczywistym więc było, że stanie się celem jednej z naszych wycieczek. Najciekawszym miejscem w Pizie jest „pole cudów” (Campo dei Miracoli) czyli duży plac, na którym znajdują się 4 arcydzieła architektury średniowiecznej: katedra, baptysterium, kampanila, zwana Krzywą Wieżą oraz cmentarz.
Pierwsze pytanie, które się nasuwa: dlaczego Krzywa Wieża jest krzywa? W pierwotnych planach architektonicznych ten popularny zabytek wcale nie miał być krzywy, jednak z powodu błędów budowniczych, którzy nie przewidzieli osiadania terenu, wieża zaczęła odchylać się od pionu już w pierwszym etapie budowy, po pięciu latach od jej rozpoczęcia.
Drugie pytanie: czy Krzywa Wieża kiedyś się przewróci? Wieża pochylała się około 1 milimetr na rok, co doprowadziło do przechyłu 5,4 metra. Na szczęście niedawno została wyremontowana i ustabilizowana, a także nieco wyprostowana, co powinno uchronić ją przed zawaleniem przez najbliższe 200 lat.
Jednak nie samą wieżą Piza żyje, zaciekawiły nas również pozostałe zabytki, a w szczególności katedra, która jest przepięknie zdobiona, pełna ciekawych rzeźb i malowideł. Samo miasto również jest ciekawe, pełne urokliwych uliczek, które niestety w sezonie urlopowym są wypełnione po brzegi turystami.
Piza to miejsce naprawdę godne polecenia.



















Colonnata
Colonnata to starożytna włoska osada, znajdująca się w gminie Carrara w Alpach Apuańskich. Jest znana na całym świecie z kamieniołomów marmuru oraz z przysmaku ze słoniny Lardo di Colonnata, której oczywiście nie omieszkaliśmy się spróbować.
Lardo to po prostu czysta słonina peklowana w soli, przyprawach, ziołach i czosnku według tradycyjnej, w pełni naturalnej receptury. Tak przygotowane lardo dojrzewa w zamkniętych marmurowych kankach pozostawionych w jaskiniach lub piwnicach przez okres od 6 do 10 miesięcy. W prawdziwym lardo nie ma nawet cienia konserwantów ani jakichkolwiek innych sztucznych dodatków. Mimo, że jest to tłusta słoninka w czystej postaci, smakuje wyśmienicie. Mniam 😊
Będąc w Colonnacie dowiedzieliśmy się od tubylców o pobliskich kamieniołomach marmuru, które są warte odwiedzenia. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie były to Włochy. Oczywiście połechtani gorącą namową wyruszyliśmy w poszukiwaniu tego miejsca. Pierwszą przeszkodą okazała się, napotkana po pewnym czasie jazdy krętymi górskimi drogami, blokada drogi z lakoniczną informacją, napisaną flamastrem na kawałku tektury, oczywiście w języku włoskim. Tłumacząc na nasze „radź sobie sam”. Radziliśmy więc sobie sami, klucząc po omacku przez ciemne tunele i kręte drogi. Po dłuższym poszukiwaniu trafiliśmy wreszcie na miejsce i musimy przyznać, że było warto. W chwili wyjazdu z ostatniego tunelu znaleźliśmy się w sercu Alp Apenińskich, które wydawały się być przyprószone śniegiem. Jednak to nie śnieg daje biały kolor szczytów, lecz marmur. Podążając dalej wąską drogą dotarliśmy do poszukiwanej przez nas kopalni, przejeżdżając przez ciekawe mosty, przygotowane specjalnie do transportu wydobytego marmuru. Trzeba przyznać, że góry naprawdę robią wrażenie, szkoda tylko, że są „podgryzane” przez człowieka, aby pozyskać cenny materiał.






























Iseo
Pod koniec naszego pobytu we Włoszech udaliśmy się do Lombardii nad jezioro położone w bezpośrednim sąsiedztwie Alp, w dolinie Val Camonica. Jest to jedno z mniejszych jezior, bardziej odwiedzane przez Włochów niż turystów. Wokół jeziora znajduje się kilka urokliwych miasteczek a na samym środku Iseo znajduje się wyspa Monte Isola. Korzystając z okazji przepłynęliśmy na nią promem aby udać się na przyjemny spacer wokół wyspy. Nie obeszło się oczywiście od popróbowania regionalnych przysmaków, w tym tradycyjnego makaronu w restauracji na brzegu wyspy. Jest to miejsce godne polecenia do odpoczynku od 40-stopniowych upałów w sercu Toskanii.





















Powrót
Na koniec dnia zatrzymaliśmy się na nocleg w austriackich Alpach, by następnego dnia ruszyć w drogę powrotną do Polski.









Garda
Wracając do domu obraliśmy drogę biegnącą wzdłuż jeziora Garda, największego i najczystszego jeziora tego kraju. Jest ono położone w połowie drogi między Wenecją a Mediolanem, u stóp Alp. Musimy przyznać, że jest to bardzo ciekawa trasa, biegnąca zboczem gór tuż nad samym jeziorem. Kręte drogi, liczne tunele, wspaniałe punkty widokowe urozmaicały nam drogę powrotną. Na dłuższą przerwę zatrzymaliśmy się w miejscowości Limone Sul Garda, w której piękne widoki umilały nam odpoczynek. Choć nazwa nie pochodzi od cytryny, to miejscowość ta znana jest z ich uprawy od wielu wieków.








































Toskania
Nadszedł czas na kolejną wyprawę, tym razem w składzie powiększonym o naszą Madzię. W przeciwieństwie do poprzednich wypraw tą pokonujemy naszym naziemnym osiołkiem, który ma za zadanie dowieźć nas do toskańskich wzgórz winem i oliwą płynących. Nasza trasa przebiega przez Niemcy i Austrię by doprowadzić nas do środkowych Włoch. Ku naszemu rozczarowaniu najciekawszy odcinek trasy, biegnący przez Alpy austriackie oraz włoskie, postanowił przyjąć nas chłodno (11-12 stopni) oraz ukryć przed nami swoje piękno w rzęsistych opadach deszczu. Na szczęście wiedzieliśmy, że przez najbliższe trzy tygodnie czeka na nas gorący włoski klimat.















