Wyspiarze

Czas, jaki spędziliśmy na wyspie Lanzarote pozwolił nam poznać nie tylko teren i widoki, ale również mieszkańców i ich niektóre zwyczaje. Caleta de Famara w której mieszkaliśmy jest małą wioską rybacką uwielbianą przez surferów, ze względu na silne wiatry, fale i rozległą plażę. W przeciwieństwie do innych części wyspy prawie codziennie witały i żegnały nas chmury, rozwiewając się niemal z dokładnością zegarka około południa, a temperatura była o kilka stopni niższa niż na południu Lanzarote. To ogromny walor tego miejsca, dający wytchnienie od upałów panujących na wyspie. Jest to też obszar na którym można się spodziewać przelotnych opadów deszczu, co nas jednorazowo spotkało.
Nie ma to jednak większego wpływu na zieleń, ponieważ na całej wyspie naturalna roślinność jest bardzo uboga. W większych miastach, w których skupiały się kompleksy wypoczynkowe, przykładano mocniejszą wagę do sztucznego podtrzymywania zieleni takiej jak palmy, małe kwitnące krzewy i kaktusy. Wystarczyło jednak wyjechać poza granice danej miejscowości by dojrzeć surową prawdę trudnego klimatu wyspy.
Mieszkańcy Caleta dr Famara, z powodu małej ilości turystów, nie przywiązują wagi do otoczenia. Widocznie surowy krajobraz im nie przeszkadza. Miasteczko tkwi w pewnej monotonii a sami wyspiarze sprawiają wrażenie znudzonych i rozleniwionych. Często przesiadują na krzesłach wystawionych przed garaże, które stanowią raczej kolejne pomieszczenie, będące połączeniem pokoju i graciarni a nie lokum dla samochodu. Bardzo dziwnym dla nas zjawiskiem była ich forma spotkań towarzyskich, polegających na zebraniu się w mniejsze lub większe grupy, rozpaleniu grillów pomiędzy zaparkowanymi samochodami. Głośne rozmowy, zabawa i muzyka do późnych godzin nocnych stanowiła codzienność, a wręcz rytuał. Słowo prywatność ma tutaj kompletnie inne znaczenie.
Monotonia ich życia, która jest niezmienna przez cały rok, spowodowana brakiem odmienności w otoczeniu, zmienności pór roku a co za tym idzie stałym wyglądem roślin. Nie mają nawet zmartwień związanych z ciepłymi ubraniami. Wyspa stanowi atrakcję turystyczną cały rok, więc wyspiarze nie przejawiają żadnego zainteresowania przyjezdnymi. Czasem wręcz odczuwaliśmy lekkie lekceważenie z ich strony. Opieszałość dostrzegaliśmy szczególnie w punktach obsługi, restauracjach czy sklepach w stosunku do wszystkich klientów.
Często w godzinach porannych widzieliśmy rybaków czyszczących ryby i owoce morza takie jak kalmary, kraby czy małże. Widok ten zachęcał nas do odwiedzania ich restauracji gdyż wiedzieliśmy, że podane nam potrawy są zawsze świeże. I tu się nie zawiedliśmy, za każdym razem otrzymywaliśmy wspaniałe, smaczne i świeże potrawy.
Po czasie, jaki spędziliśmy na wyspie stwierdzamy, że Hiszpanie są głośni, sprawiają wrażenie kłótliwych, choć jest to pozorne, ponieważ mają taki sposób porozumiewania się na co dzień, przy czym mocno jeszcze gestykulują.
Pobyt na Lanzarote zapewnił nam dużo atrakcji i miło spędzonych chwil. Z pewnością wrócimy na Wyspy Kanaryjskie, aby poznać kolejne wyspy. Tymczasem ruszamy na podbój Barcelony.


Różne ujęcia

Oto kilka ciekawych naszym zdaniem ujęć, które gdzieś nam umknęły lub nie wiedzieliśmy do którego wpisu je dodać. Chcieliśmy się nimi podzielić.


Podwodny spacer

Nasze ostatnie przygody na trudnym, pustynno-kamiennym terenie Lanzarote skłoniły nas do odpoczynku nad wodą, a właściwie pod wodą… Postanowiliśmy odbyć podwodny spacer by poznać miejsce, gdzie szansa na spotkanie życia jest znacznie większa niż na lądzie.
Zanim wkroczyliśmy do oceanu instruktor przeprowadził z nami szkolenie dotyczące sposobu zachowania się oraz komunikacji pod wodą. Następnie całą grupą, gdyż oprócz nas na podwodny spacer wybrała się również 4-osobowa rodzina, przebraliśmy się w skafandry i ruszyliśmy na plażę, skąd mieliśmy wkroczyć w głąb Atlantyku.
Pierwsze emocje pojawiły się w momencie nakładania hełmu, który umożliwiał podwodne spacery. Ten 40-kilogramowy sprzęt podłączony przewodem do butli tlenowych dosłownie wepchnął nas pod wodę. Po chwili dezorientacji okazało się jednak, że umożliwia on nam swobodne oddychanie, a gdy weszliśmy głębiej jego masa przestała być odczuwalna. W tym momencie mogliśmy już spokojnie rozpocząć zwiedzanie podwodnego świata. I rzeczywiście, w ciągu kilku pierwszych minut spotkaliśmy znacznie więcej żywych organizmów niż podczas kilku dni na lądzie. Ryby, które pływały wokół nas nie przejawiały żadnego strachu spowodowanego naszym pojawieniem się w ich świecie. Wręcz przeciwnie, były nami zainteresowane a nawet nas podskubywały.
Inne stworzenia, choć nie uciekały przed nami, to raczej nie zbliżały się samoistnie. Towarzyszący nam nurkowie przechwycili jednak kilka z napotkanych okazów takich jak czarna kolczatka, olbrzymi ślimak morski czy rozgwiazda oraz inne ciekawe stworzonka, i zaprezentowali je nam. Instruktarz, jaki mieliśmy udzielony jeszcze na lądzie obejmował również sposób obchodzenia się z żyjątkami oceanicznymi, wiedzieliśmy więc jak je chwytać by nie zrobić im krzywdy.
Musimy przyznać, że była to jedna z najciekawszych, a zarazem najspokojniejszych atrakcji, które spotkały nas na wyspie i z pewnością polecamy ją każdemu.


Dożynki winiarskie

W pierwszych dniach naszego pobytu na wyspie, zmierzając do jednej z atrakcji przejeżdżaliśmy przez rozległe pola winogron. Winnice na Lanzarote wyglądają kompletnie odmiennie od winnic znanych z innych regionów: winorośla rosną w dużych zagłębieniach w wulkanicznej czarnej ziemi, otoczonych niewielkim murkiem. Widząc pracujących przy zbiorach ludzi postanowiliśmy zatrzymać się i ich sfotografować. Na nasze pytanie, czy możemy im zrobić kilka zdjęć zgodzili się i z chęcią oderwali się od swoich zajęć oraz opowiadali o swojej pracy. Poczęstowali nas ponadto winogronami (białe z gatunku Malvasia były wyjątkowo słodkie) oraz zaprosili na dożynki winiarskie, które miały być zorganizowane w najbliższym czasie w winnicy, dla której zbierali owoce. Oczywiście postanowiliśmy się tam wybrać.
Same dożynki skupiały się przede wszystkim na przedstawieniu, jak dawniej wyglądało przygotowanie wina. Poubierani w tradycyjne stroje mężczyźni zbierali winogrona do dużych wiklinowych koszy, które następnie przewozili wielbłądami do winnicy. Według dawnej tradycji owoce były udeptywane nogami przez młode kobiety w celu wyciśnięcia z nich soków. Natomiast w dniu dożynek wszyscy chętni uczestnicy imprezy mogli spróbować tej niełatwej sztuki.
Całości pokazu towarzyszyły występy lokalnej grupy muzycznej, grającej tradycyjne, folklorystyczne melodie. Przy dźwiękach muzyki można było spróbować wyrobów lokalnej winiarni, z czego z chęcią skorzystaliśmy. Najsmaczniejsze naszym zdaniem jest białe wino półsłodkie (La Geria Semidulce Bianco) robione z gatunku winogron, które wcześniej próbowaliśmy.


Buggy

Buggy to takie małe autko z napędem na cztery koła dostosowane do jeżdżenia w trudnym pustynno-kamiennym terenie. Siedzi się w nim tuż nad ziemią, a za osłonę twarzy służą nam okulary i bandana, ponieważ auto nie posiada szyb tylko ramy ochronne. W sumie dach, podłoga, silnik i koła.
Wycieczkę rozpoczęliśmy po południu w 38 stopniowym upale. Miała trwać 3 godziny, podczas których mieliśmy przejechać ok. 50 km po krętych kamiennych ścieżkach biegnących przez wzgórza i miejscami po lokalnych drogach. Całą eskapadę prowadziło dwóch Amerykanów i miała ona przebiec w sposób emocjonujący i bezpieczny.
Jeżeli wydawało nam się, że jazda konna stromymi zboczami, prowadzona w sposób hiszpański, dostarczyła nam wystarczająco dużo emocji, to rajd pod opieką dwóch wyluzowanych Amerykanów był istnym szaleństwem. Pierwszy niepokój zasiali w nas kilkukrotnie pytając o nasze umiejętności prowadzenia auta z manualną skrzynią biegów. Na twarzach naszych współtowarzyszy eskapady malowały się te same wątpliwości. Nasi instruktorzy, wciąż jeszcze z uśmiechem na twarzy, wprowadzali nas w tajniki jazdy buggy w trudnym terenie.
Nasza wyprawa miała być podzielona na trzy odcinki z krótkimi przerwami organizacyjnymi. Pierwszy odcinek przebiegł w miarę spokojnie. Był to czas na oswojenie się z pojazdami oraz ocenę naszych umiejętności prowadzenia ich przez amerykańskich opiekunów. Dla nas już ten kawałek stanowił spore wyzwanie, gdyż rajd krętymi szutrowymi i kamienistymi ścieżkami poprzez muldy, doły i wzniesienia, przerywany na krótko jazdą w ruchu ulicznym był trudny i wymagający.
Zwariowani instruktorzy oceniając umiejętności całej grupy pozytywnie postanowili nieco zaszaleć i wpuścić nas w naprawdę trudny rejon. Rozpoczęła się jazda po bezdrożach w dzikim terenie. To co nam zaserwowali przekroczyło nasze wszelkie oczekiwania.
Pierwsze problemy zaczęły się na jednym ze stromych zboczy. Buggy prowadzony przez włoską drużynę zaczął pluć na wszystkie strony olejem. Szybka prowizoryczna naprawa miała umożliwić dotarcie do następnego postoju. Niestety jak się okazało najtrudniejszy odcinek był dopiero przed nami. Tym razem to my padliśmy ofiarą amerykańskiej brawury. Zjeżdżając rozpędzeni z kolejnego wzniesienia usłyszeliśmy trzask i z przerażeniem zobaczyliśmy, że naderwało się nam koło. Z wielkim hukiem nasz buggy zarył w piachu, a my bezpieczni, choć mocno wystraszeni, wytoczyliśmy się z naszego pojazdu. Po tym wydarzeniu na dobre zniknął uśmiech z twarzy instruktorów. Chyba w końcu zrozumieli że trasa, jaką wyznaczyli, była zbyt brawurowa jak na możliwości pojazdów i nas samych.
Tym razem nie było już szans na prowizoryczną naprawę. Decyzją opiekuna przesiedliśmy się do jego buggy, a on sam pozostał w oczekiwaniu na pomoc. Najbliższy odcinek musieliśmy przejechać sami aby dogonić grupę. Po odnalezieniu drużyny dalszą drogę do drugiego punktu postojowego odbyliśmy już bez dodatkowych przygód. Niestety na miejscu okazało się że gdzieś zgubił się francuski zespół. Nasz drugi i jedyny już instruktor z przerażeniem na twarzy ruszył z powrotem w poszukiwaniu zaginionych. Ostatecznie międzynarodowy grupa zdenerwowanych łowców wrażeń pozostała sama porzucona na parkingu.
Po jakimś czasie pojawił się pierwszy instruktor wraz z nowym pojazdem przeznaczonym dla nas. Dość mocno zdziwił się nieobecnością swojego kolegi i jednej drużyny. Ostatecznie okazało się, że zagubieni ugrzęźli w dzikim terenie z powodu braku paliwa. Na szczęście zostali odnalezieni i wrócili cali i zdrowi. Każdy z uczestników z obawą ruszał do trzeciego etapu naszej wycieczki zastanawiając się, co jeszcze nam się przydarzy.
Ostatecznie cała wyprawa zakończyła się szczęśliwie po ponad 4-godzinnej, pełnej wrażeń jeździe. Na sam koniec jeden z instruktorów przyznał, że nigdy nie mieli wyprawy z taką ilością niespodzianek. Pogratulowali nam wytrwałości i odwagi, a w ramach rekompensaty za dodatkowe atrakcje postawili wszystkim lody i zaprosili do pobliskiego baru na drinka. Pytanie, kto bardziej potrzebował tego drinka: my czy oni…


Wizyta na plaży

Miłość do koni i tęsknota za naszymi jazdami w Polsce popchnęła nas do odwiedzenia stadniny na wyspie. Udało nam się wybrać na 3-godzinną przygodę z naszymi ulubieńcami. Trasa naszej przejażdżki wiodła przez kręte, strome ścieżki zboczy pobliskich gór. Mimo wprawy, jaką posiadamy niektóre odcinki naszej trasy były dość trudne, a nawet niebezpieczne, ponieważ przebiegały nad urwiskami. Naszym docelowym punktem była czarna plaża pomiędzy malowniczymi klifami. Na samej plaży zaskoczyło nas niezwykle rzadkie o tej porze roku zjawisko – rzęsisty deszcz. Na Lanzarote w okresie wakacyjnym, czyli od czerwca do sierpnia, jest to praktycznie niespotykane. Punktem kulminacyjnym i najprzyjemniejszym momentem przejażdżki była możliwość wjechania końmi we wzburzone fale oceanu. Całkiem nowym doznaniem było dla nas słuchanie stukotu końskich kopyt na twardych, magmowych skałach. Zarówno my jak i nasze konie wspaniale bawiliśmy się na plaży. Na drogę powrotną nasi opiekunowie wybrali dłuższą, ale łagodniejszą trasę abyśmy mogli swobodnie pokłusować, a nawet miejscami pogalopować.
Po zakończeniu naszej przygody odpoczęliśmy w malutkiej restauracji, z której tarasu podziwialiśmy trasę, którą niedawno przemierzaliśmy konno.


Niedzielny targ

W niedzielny poranek udaliśmy się do dawnej stolicy Lanzarote, miasta Teguise, które jest jednym z najstarszych miast na wyspie. Powodem naszej wyprawy był cotygodniowy targ uważany za jeden z największych na całych Wyspach Kanaryjskich. Nie jest to zwyczajny bazar, ponieważ jest połączony z występami folklorystycznymi lokalnych mieszkańców. Oczywiście nie mogliśmy przepuścić takiej okazji do poznania ich kultury.
Wędrując pomiędzy kramikami dostrzegaliśmy wiele rzeczy wykonanych ręcznie z materiałów dostępnych na wyspie takich jak glina, skały magmowe, kamienie czy muszle. Każdy rzemieślnik tworzył unikalne dzieła, które w zasadzie nie powtarzały się na innych stoiskach. Wszystkie upatrzone rzeczy musieliśmy kupować od razu, ponieważ ponowne odnalezienie kramiku było bardzo trudne.
Targ to również doskonała okazja do próbowania rozmaitych produktów lokalnego wyrobu, takich jak kozie sery, sosy, wypieki i wina. Nie wszystkie sery dały się zjeść, niektóre z nich były dość osobliwe w smaku. Natomiast sosy były bardzo ciekawe, na ogół pikantne z wiodącą nutą czosnku i papryki. Równie interesujące były dżemy na bazie kaktusów i aloesu. Owoce z pozoru wyglądające jak u nas smakowały zupełnie odmiennie. O winach napiszemy więcej w kolejnych postach ponieważ wybieramy się niebawem na doroczne dożynki winiarskie.
Niestety jak na każdym targu, również i tu wkradły się podróbki znanych marek, takie jak koszulki, okulary, zegarki i inne gadżety.
Sąsiadujący kontynent afrykański dał się odczuć na tym targu. Czarnoskórzy sprzedawcy również oferowali rękodzieła ze swojej kultury, które z chęcią podziwialiśmy.


Dzień pełen radości

Lwy morskie, które mieliśmy okazję poznać, okazały się być bardzo miłymi i sympatycznymi zwierzętami. Ogromną przyjemnością było je dotykać, popływać z nimi w basenie czy też pozwolić im skraść całusa. Trudno uwierzyć, że tak duże zwierzaki bawią się jak małe dzieci, które chlapiąc, skacząc i wydając z siebie przedziwne dźwięki zachęcały nas do wspólnej zabawy. Jednak oprócz zabawy spotkanie z lwami morskimi było także bardzo pouczające. Opiekunowie przekazywali nam swoją wiedzę na temat tych zwierząt. Dzięki nim mogliśmy dowiedzieć się między innymi jak odróżnić lwa morskiego od foki.
Wspaniałe doznania, jakie mieliśmy przyjemność przeżyć, pozostaną w naszej pamięci na długie lata.


Egzotyczny spacer

Jeden z naszych dni rozpoczęliśmy od spojrzenia z góry na sąsiednią wyspę La Graciosa, z punktu widokowego Mirador del Rio, położonego nad ponad 400-metrowym urwiskiem. Niestety poranne mgły mocno ograniczyły nam widok, jednak udało nam się wypatrzeć miejsce, w którym wydobywana jest w tradycyjny sposób sól - Salinas del Rio.
Jednak największą przyjemnością tego dnia był ponadgodzinny spacer na wielbłądach. Jazda na nich jest zupełnie odmienna od jazdy konnej. Sposób jego poruszania był dość zabawny, ale zarazem nieco niewygodny. Jest to jednak z pewnością ciekawe doświadczenie, które polecamy każdemu.
Po przejażdżce udaliśmy się na Playa de Papagayo, gdzie dla odmiany od czarnych plaż mogliśmy poopalać się w lazurowej zatoce. Jednak podtrzymujemy swoje przekonanie, że złote piaski są zdecydowanie bardziej przyjemne do relaksu i wypoczynku.


Czarne piaski

Inną odsłonę księżycowego krajobrazu Lanzarote ujrzeliśmy na wybrzeżu. Park Timanfaya, który odwiedziliśmy wcześniej, zaprezentował nam źródło lawy, natomiast na nabrzeżu w El Golfo oraz przede wszystkim w Los Hervideros zobaczyliśmy efekt zetknięcia się płynącej magmy z oceanem. Na skutek tego procesu powstały ciekawe klify i wypiętrzenia skalne w wodzie. Dopełnieniem księżycowego krajobrazu są czarne plaże, które znaleźliśmy po zachodniej stronie wyspy. Trochę dziwnie było nam stąpać po czarnym piasku który jak się okazało był całkiem miły i nie brudzący. Choć doznania nasze były przyjemne to i tak wolimy żółte tradycyjne piaski.


Park Timanfaya

Jednym z najciekawszych miejsc, które zwiedziliśmy na wyspie był park narodowy Timanfaya, najlepiej oddający wulkaniczny charakter Lanzarote. Piekło, które stworzyło ten krajobraz, jest wciąż ukryte pod ziemią. Dowody na to przedstawiają pracownicy parku, wsuwając kępę trawy w głąb ziemi, by po chwili zapłonęła, czy też wlewając do szczeliny wodę, która natychmiast wraca w postaci wybuchającej pary. Niestety, z powodu surowości i dzikości terenu jedyną możliwością zwiedzenia parku jest wyprawa autokarem. Faktycznie obraz, który nam się ukazał, był iście przerażający. Przedstawiał on potęgę żywiołu, który miał potężny wpływ na wygląd wyspy. Teraz już wiemy, dlaczego na Lanzarote jest tak mało roślin i zwierząt. Znaczna jej część przypomina bardziej księżyc niż planetę Ziemia…


Wycieczka do ogrodu kaktusów

Lanzarote jest jedną z wysp wchodzących w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich. Jest to wyspa pochodzenia wulkanicznego, położona ok. 125 km od wybrzeży Maroka. Nazwa „wyspa wulkanów”, jaką często można spotkać w odniesieniu do Lanzarote, bierze się z prostego faktu – na wyspie jest ok. 300 wulkanów, a większość powierzchni pokryta jest zastygłą lawą.
Z opowieści mieszkańców dowiedzieliśmy się, że na tej surowej wyspie jest zaledwie ok. 500 gatunków roślin. Faktycznie, jak okiem sięgnąć, zauważamy pojedyncze palmy i wyschnięte krzaki. W zaledwie kilku miejscowościach dostrzegliśmy „większą” ilość zieleni, najczęściej pod postacią kaktusów, drzew oliwnych i nielicznych kwitnących krzewów. Z tego co zauważyliśmy i usłyszeliśmy każda roślina żyje dzięki systemu nawadniania. Dlatego też na surowym, wulkanicznym terenie praktycznie nie występują dzikie rośliny.
Najlepszym sposobem, by zobaczyć możliwie dużo roślin w jednym miejscu, jest na naszej wyspie wizyta w parku kaktusów, co też uczyniliśmy. Musimy przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Wrażenie robiły szczególnie kaktusy sięgające pierwszego piętra, a także drzewa kaktusowe, które zresztą jako jedyne dawały cień pozwalający schronić się przed palącym słońcem. Nasze kolczaste maluchy w doniczkach mogą z zazdrością patrzeć na swoich większych braci.


Przylot i nasze miasteczko

Tym razem celem naszej trzytygodniowej wyprawy jest Hiszpania. Rozpoczęliśmy ją od jednej z Wysp Kanaryjskich – Lanzarote. Aby uniknąć tłumu turystów podczas pobytu, wybraliśmy małą miejscowość w północno-zachodniej części wyspy - Caleta de Famara. Zanim jednak opiszemy przygody na wyspie, zaczniemy od naszej podróży z Polski.
Początek podróży był bardzo niewinny – ot, przejazd busem do Berlina, na funkcjonujące jeszcze jakimś cudem lotnisko Tegel. Ścisk, duchotę i brak klimatyzacji na lotnisku pominiemy, jak również kontrolę osobistą Beaty, którą podejrzewano o przemyt narkotyków.
Po przejściu odprawy dowiedzieliśmy się, że nasz lot będzie opóźniony o co najmniej 40 minut, a po wejściu na pokład czekaliśmy jeszcze kolejne 20. Pół godziny przed lądowaniem poznaliśmy przyczynę naszego opóźnienia. Pod nami zobaczyliśmy żółto-brązową masę chmur które, jak się okazało, niosły ze sobą piaski z Sahary. Przez wyspę Fuerteventura, na której mieliśmy lądować, przetoczyła się właśnie burza piaskowa. Ostatecznie wylądowaliśmy, choć z dużym opóźnieniem. Warunki, jakie zastaliśmy – piach unoszący się w powietrzu oraz silny wiatr, które utrudniały oddychanie i ograniczały w dość dużym stopniu widoczność – spowodowały, że zrezygnowaliśmy ze zwiedzania tej wyspy. Zmieniliśmy nieco nasze plany i mimo sprzeciwu Wojtka udaliśmy się w dalszą podróż na wyspę Lanzarote, być może jeszcze tu wrócimy. Rejs promem przebiegł spokojnie, bez większego opóźnienia a na naszej wyspie czekało już na nas autko, którym dotarliśmy do apartamentu.


Privacy Preference Center