Przylot i nasze miasteczko

Tym razem celem naszej trzytygodniowej wyprawy jest Hiszpania. Rozpoczęliśmy ją od jednej z Wysp Kanaryjskich – Lanzarote. Aby uniknąć tłumu turystów podczas pobytu, wybraliśmy małą miejscowość w północno-zachodniej części wyspy – Caleta de Famara. Zanim jednak opiszemy przygody na wyspie, zaczniemy od naszej podróży z Polski.
Początek podróży był bardzo niewinny – ot, przejazd busem do Berlina, na funkcjonujące jeszcze jakimś cudem lotnisko Tegel. Ścisk, duchotę i brak klimatyzacji na lotnisku pominiemy, jak również kontrolę osobistą Beaty, którą podejrzewano o przemyt narkotyków.
Po przejściu odprawy dowiedzieliśmy się, że nasz lot będzie opóźniony o co najmniej 40 minut, a po wejściu na pokład czekaliśmy jeszcze kolejne 20. Pół godziny przed lądowaniem poznaliśmy przyczynę naszego opóźnienia. Pod nami zobaczyliśmy żółto-brązową masę chmur które, jak się okazało, niosły ze sobą piaski z Sahary. Przez wyspę Fuerteventura, na której mieliśmy lądować, przetoczyła się właśnie burza piaskowa. Ostatecznie wylądowaliśmy, choć z dużym opóźnieniem. Warunki, jakie zastaliśmy – piach unoszący się w powietrzu oraz silny wiatr, które utrudniały oddychanie i ograniczały w dość dużym stopniu widoczność – spowodowały, że zrezygnowaliśmy ze zwiedzania tej wyspy. Zmieniliśmy nieco nasze plany i mimo sprzeciwu Wojtka udaliśmy się w dalszą podróż na wyspę Lanzarote, być może jeszcze tu wrócimy. Rejs promem przebiegł spokojnie, bez większego opóźnienia a na naszej wyspie czekało już na nas autko, którym dotarliśmy do apartamentu.

Privacy Preference Center