Buggy to takie małe autko z napędem na cztery koła dostosowane do jeżdżenia w trudnym pustynno-kamiennym terenie. Siedzi się w nim tuż nad ziemią, a za osłonę twarzy służą nam okulary i bandana, ponieważ auto nie posiada szyb tylko ramy ochronne. W sumie dach, podłoga, silnik i koła.
Wycieczkę rozpoczęliśmy po południu w 38 stopniowym upale. Miała trwać 3 godziny, podczas których mieliśmy przejechać ok. 50 km po krętych kamiennych ścieżkach biegnących przez wzgórza i miejscami po lokalnych drogach. Całą eskapadę prowadziło dwóch Amerykanów i miała ona przebiec w sposób emocjonujący i bezpieczny.
Jeżeli wydawało nam się, że jazda konna stromymi zboczami, prowadzona w sposób hiszpański, dostarczyła nam wystarczająco dużo emocji, to rajd pod opieką dwóch wyluzowanych Amerykanów był istnym szaleństwem. Pierwszy niepokój zasiali w nas kilkukrotnie pytając o nasze umiejętności prowadzenia auta z manualną skrzynią biegów. Na twarzach naszych współtowarzyszy eskapady malowały się te same wątpliwości. Nasi instruktorzy, wciąż jeszcze z uśmiechem na twarzy, wprowadzali nas w tajniki jazdy buggy w trudnym terenie.
Nasza wyprawa miała być podzielona na trzy odcinki z krótkimi przerwami organizacyjnymi. Pierwszy odcinek przebiegł w miarę spokojnie. Był to czas na oswojenie się z pojazdami oraz ocenę naszych umiejętności prowadzenia ich przez amerykańskich opiekunów. Dla nas już ten kawałek stanowił spore wyzwanie, gdyż rajd krętymi szutrowymi i kamienistymi ścieżkami poprzez muldy, doły i wzniesienia, przerywany na krótko jazdą w ruchu ulicznym był trudny i wymagający.
Zwariowani instruktorzy oceniając umiejętności całej grupy pozytywnie postanowili nieco zaszaleć i wpuścić nas w naprawdę trudny rejon. Rozpoczęła się jazda po bezdrożach w dzikim terenie. To co nam zaserwowali przekroczyło nasze wszelkie oczekiwania.
Pierwsze problemy zaczęły się na jednym ze stromych zboczy. Buggy prowadzony przez włoską drużynę zaczął pluć na wszystkie strony olejem. Szybka prowizoryczna naprawa miała umożliwić dotarcie do następnego postoju. Niestety jak się okazało najtrudniejszy odcinek był dopiero przed nami. Tym razem to my padliśmy ofiarą amerykańskiej brawury. Zjeżdżając rozpędzeni z kolejnego wzniesienia usłyszeliśmy trzask i z przerażeniem zobaczyliśmy, że naderwało się nam koło. Z wielkim hukiem nasz buggy zarył w piachu, a my bezpieczni, choć mocno wystraszeni, wytoczyliśmy się z naszego pojazdu. Po tym wydarzeniu na dobre zniknął uśmiech z twarzy instruktorów. Chyba w końcu zrozumieli że trasa, jaką wyznaczyli, była zbyt brawurowa jak na możliwości pojazdów i nas samych.
Tym razem nie było już szans na prowizoryczną naprawę. Decyzją opiekuna przesiedliśmy się do jego buggy, a on sam pozostał w oczekiwaniu na pomoc. Najbliższy odcinek musieliśmy przejechać sami aby dogonić grupę. Po odnalezieniu drużyny dalszą drogę do drugiego punktu postojowego odbyliśmy już bez dodatkowych przygód. Niestety na miejscu okazało się że gdzieś zgubił się francuski zespół. Nasz drugi i jedyny już instruktor z przerażeniem na twarzy ruszył z powrotem w poszukiwaniu zaginionych. Ostatecznie międzynarodowy grupa zdenerwowanych łowców wrażeń pozostała sama porzucona na parkingu.
Po jakimś czasie pojawił się pierwszy instruktor wraz z nowym pojazdem przeznaczonym dla nas. Dość mocno zdziwił się nieobecnością swojego kolegi i jednej drużyny. Ostatecznie okazało się, że zagubieni ugrzęźli w dzikim terenie z powodu braku paliwa. Na szczęście zostali odnalezieni i wrócili cali i zdrowi. Każdy z uczestników z obawą ruszał do trzeciego etapu naszej wycieczki zastanawiając się, co jeszcze nam się przydarzy.
Ostatecznie cała wyprawa zakończyła się szczęśliwie po ponad 4-godzinnej, pełnej wrażeń jeździe. Na sam koniec jeden z instruktorów przyznał, że nigdy nie mieli wyprawy z taką ilością niespodzianek. Pogratulowali nam wytrwałości i odwagi, a w ramach rekompensaty za dodatkowe atrakcje postawili wszystkim lody i zaprosili do pobliskiego baru na drinka. Pytanie, kto bardziej potrzebował tego drinka: my czy oni…