Kulinaria
Każdego dnia będąc w Japonii zdobywaliśmy nowe doświadczenia kulinarne, gdzie od samego początku odważnie sięgaliśmy po nieznane potrawy. Staraliśmy się podchodzić do każdego specjału bez uprzedzeń, dokonując oceny z wielostronnej perspektywy. Niejednokrotnie naszą ciekawość podsycał egzotyczny wygląd, kolor lub zapach a niewiedza, co się kryje za naszym wyborem, przysparzała nam wiele zabawnych sytuacji. Zdarzały się również potrawy budzące niepokój, o odpychającym zapachu lub konsystencji a mimo to i tak odważnie sięgaliśmy po nie, aby poznać nowe smaki. Musimy przyznać że nie łatwo było poruszać się w świecie azjatyckich kulinariów nie znając języka i nazw produktów, ale przeczucia lub instynkt popychały nas do odważnych kroków. Największą skarbnicą smaku były targi oraz bazary na których mogliśmy próbować, dotykać, wąchać oraz oglądać specjały. Chętnie odwiedzaliśmy sklepy z regionalną żywnością danej prefektury, gdzie kupowaliśmy świeżo przyrządzone na poczekaniu potrawy. Japonia to kraj w którym konserwanty używane są w drodze wyjątku, w przeważającej ilości jedzenie jest krótkoterminowe, sporządzane rano z zamiarem sprzedaży danego dnia. Oczywiście można bez problemu spotkać żywność z eksportu dostosowaną do turystów z całego świata. Widywaliśmy również lokale – w większych miastach - takie jak McDonald’s czy KFC , lecz nie tego szukaliśmy. Z ogromną przyjemnością podążaliśmy do restauracji w tradycyjnym stylu, gdzie celowo wybieraliśmy najbardziej egzotyczne propozycje. Niskie stoliki, zamiast krzeseł - płaskie poduszki zabutony, maty tatami, kotary z ręcznie malowanych materiałów, przedziwne naczynia i oczywiście pałeczki. Z dumą musimy przyznać, że od pierwszych chwil pobytu w Japonii mimo zróżnicowanych potraw korzystaliśmy wyłącznie z pałeczek a największym wyzwaniem były zupy z drobnymi dodatkami. Japończycy ku naszemu ogromnemu zdziwieniu jedli w sposób dość zabawny ciamkając, mlaskając i siorbiąc swoje dania bez ogródek i wstydu, zupełnie swobodnie zarówno samotnie jak i w większym gronie w miejscach publicznych. Zauważyliśmy również że nie dojadają swoich dań do końca, zostawiając całkiem słuszne porcje. My natomiast wręcz przeciwnie, wyjadaliśmy do ostatniego kęsa bo jak tu zostawiać takie pyszności. Ciekawostką jest również to, że nie wypada w Japonii jeść idąc ulicą . Kupione jedzenie należy zjeść w miejscu zakupu, restauracji lub zabrać do domu. Odstępstwem od reguły są pociągi i stacje kolejowe. Problem jest również z wyrzucaniem śmieci, ponieważ nie ma na ulicach miast śmietników. Jedynie w miejscach sprzedaży pożywienia, stacjach komunikacji miejskiej oraz sklepach można napotkać pojemniki na śmieci. Za każdym razem po naszym powrocie do hotelu opróżnialiśmy pełne kieszenie śmieci.
Zamieszczone zdjęcia przedstawiają jedynie nieznaczną część specjałów, którymi raczyliśmy nasze podniebienia podczas pobytu w Japonii. Skład niektórych z nich do dziś jest dla nas tajemnicą. Nie wszystkie smaki mogą odpowiadać, ale mimo to próbujcie wszystkiego, bo naprawdę warto.
Tokio nocą
Ostatnie dni naszego pobytu w Japonii spędziliśmy w Tokio. Jak się okazało miasto to nocą funkcjonuje zupełnie inaczej niż za dnia. Cisi, powściągliwi Japończycy przybierają całkiem inne oblicze - są głośni, gadatliwi i roześmiani. Większość z nich po godzinie 22 schodziła do ukrytych lokali, małych restauracji i klubów. Duża część z nich była dostępna jedynie dla lokalnych mieszkańców. Nam było dane zobaczyć jedynie kilka lokali, w których i tak nie mogliśmy robić zdjęć.Przypadkowo trafiliśmy również na uliczki, które wyraźnie nie były przeznaczone dla nas. Dla własnego bezpieczeństwa szybko się z nich wycofywaliśmy.
Miesiąc pobytu to zdecydowanie za mało czasu, by poznać ten kraj. Jesteśmy pewni, że jeszcze tu wrócimy.
Sakura czyli kwitnące wiśnie
Hanami to tradycyjny japoński zwyczaj podziwiania urody kwiatów, odnosi się w szczególności do kwiatów wiśni ozdobnych. Święto to praktykowane jest od kilkuset lat i cieszy się w Japonii ogromną popularnością. Kwitnienie wiśni trwa od jednego do dwóch tygodni, zazwyczaj w marcu lub kwietniu, jest relacjonowane przez media i wyczekiwane przez większość Japończyków, którzy z uwagą śledzą te informacje. Będąc w Tokio obserwowaliśmy mieszkańców, którzy razem z przyjaciółmi i rodzinami udawali się w tym czasie do parków i świątyń na towarzyskie spotkania o charakterze pikniku, połączone czasem ze słuchaniem tradycyjnych utworów muzycznych i tańcami. Musimy przyznać, że szpalery drzew uginających się pod ciężarem kwiatów robią ogromne wrażenie. Zadziwiająca jest ich gęstość a także różnorodność odmian, jak również ilość jednocześnie kwitnących drzew. Jednym z ciekawszych miejsc jest kanał w pobliżu Pałacu Cesarskiego w Tokio, gdzie wiekowe wiśnie zwieszają gałęzie oblepione kwitnącym kwiatem tuż nad powierzchnią wody. Niesamowity widok, który na długo zostanie w naszej pamięci.
Tokio za dnia
Tokio to największe i najbardziej rozległe miasto Japonii. Mimo wielu kataklizmów oraz zniszczeń podczas II wojny światowej wciąż się ono rozrasta, obejmując coraz większy obszar. Spoglądając z punktu widokowego znajdującego się na wysokości ponad 200 metrów w gmachu budynku rządowego, ukazało nam się morze domów sięgające po horyzont. Bardzo rozbudowana sieć metra oraz kolei pozwala na szybkie przemieszczanie się po całym obszarze - mogliśmy dzięki temu zobaczyć wiele ciekawych miejsc w metropolii, ale gęsta zabudowa, strzeliste wieżowce, wielkie arterie dróg, dziesiątki mostów i przejazdów przytłoczyły nas jednak swoim rozmiarem i rozmachem.
Rozpoczynając zwiedzanie Tokio od Pałacu Cesarskiego natrafiliśmy na zderzenie tradycji z współczesnością. Całe miasto poprzeplatane jest akcentami starej japońskiej kultury z nowoczesnością, gdzie świątynie stoją na tle drapaczy chmur. Oddechem i ucieczką od wszechobecnej techniki są rozległe ogrody oraz parki, na które natrafimy zarówno w centrum jak i na obrzeżach miasta.
Tokio to nasza ostatnia przystań w tym, jakże odmiennym od naszego europejskiego, świecie. Pobyt w tym nietuzinkowym mieście jeszcze mocniej utwierdził nas w przekonaniu, że warto jest przemierzyć tysiące kilometrów aby choć trochę poznać japońską kulturę.
Zamek w Himeji
Zamek Białej Czapli znajduje się w mieście Himeji nieopodal Osaki. Postanowiliśmy go odwiedzić za namową uprzejmego Japończyka napotkanego w Tottori, o którym wspomnieliśmy wcześniej. Od razu po wyjściu z dworca zobaczyliśmy zamek – nie sposób go było nie zauważyć, gdyż jego białe ściany odcinały się na tle miasta z odległości kilku kilometrów. Zamek Himeji nigdy nie został zniszczony przez trzęsienia ziemi, ani w czasie walk, nawet w czasie II wojny światowej. Zachował przez to swój oryginalny kształt przez 400 lat, na który składają się – oprócz głównego budynku - również potężne kamienne mury otoczone fosą.
Korzystając z okazji, iż rozpoczął się właśnie okres hanami (czyli tradycyjny japoński zwyczaj podziwiania urody kwiatów wiśni) wzięliśmy czynny udział w świętowaniu, podziwiając kwiaty wiśni, jedząc tradycyjne potrawy japońskie i pijąc sake. Z żalem opuszczaliśmy tą malowniczą miejscowość aby kontynuować naszą dalszą podróż.
Tottori
Od tropikalnych, lazurowych plaż, poprzez ośnieżone góry, dotarliśmy do schodzących prosto do oceanu piasków pustyni. Chociaż nie uświadczyliśmy tam pustynnych upałów to i tak roztaczający się wokół widok wprowadził nas w piaskowy klimat. Japońska „pustynia” jest to pasmo wydm o powierzchni ok. 30 km2, jednak o zupełnie innym charakterze niż nasze wydmy w Łebie. W przeciwieństwie do polskich rozległych piasków koloru białego, w Japonii mają one kolor typowo pustynny. Także ukształtowanie terenu jest odmienne, gdyż najwyższe wzniesienie w Tottori sięga 110 m, gdzie w Polsce jest ono niemal trzykrotnie niższe. Choć to tylko namiastka pustyni to stanowiła ciekawą odmianę od przeważających w Japonii górskich terenów.
Wracając z pustynnej eskapady, walcząc z burzami piaskowymi, przedzierając się przez stada wygłodniałych hien i gromady kanibali dotarliśmy do maleńkiej oazy zwanej przystankiem autobusowym… ha-ha-ha.. prawdziwy był tylko przystanek, z którym jednak wiąże się fajna historia.
Stojąc na przystanku i próbując rozwikłać zawiłości japońskiego rozkładu jazdy zauważyliśmy, że za nami zatrzymał się jakiś samochód, z którego obserwował nas kierowca. Po chwili wysiadł i z własnej inicjatywy zaoferował nam pomoc w postaci podwózki do centrum miasta. Oczywiście ochoczo przyjęliśmy propozycję, gdyż najbliższy autobus miał pojawić się za godzinę. Tajemniczy kierowca okazał się być bardzo sympatycznym, starszym Japończykiem (oceniliśmy go na ok. 50 lat, ale podczas jazdy dowiedzieliśmy się – ku naszemu olbrzymiemu zaskoczeniu – że miał 25 lat więcej), który znał dobrze język angielski, dzięki czemu nawiązała się między nami ciekawa rozmowa. W jej trakcie nasz kierowca zmienił nieco plany i postanowił nie tylko podwieźć nas do centrum, ale po drodze pokazał nam najpiękniejszą aleję z kwitnącymi wiśniami oraz ciekawe zakątki miasta. A największym zaskoczeniem dla nas była niespodzianka, jaką nam sprawił. W trakcie jazdy wykonał telefon, jak się okazało do zamkniętego już sklepiku z wykwintnymi delicjami, gdzie właściciel specjalnie na jego prośbę przygotował dla nas słodki podarunek. Na próby naszych podziękowań odrzekł po prostu iż chciał, byśmy miło wspominali jego kraj i miasto. Zachęcił nas ponadto do odwiedzenia jeszcze kilku ciekawych miejsc i – wyraźnie zadowolony z naszego spotkania – odwiózł nas do hotelu. Prezent był tak niesamowicie smakowity, że następnego dnia odszukaliśmy tajemniczy sklepik i zakupiliśmy (jak się okazało nie dla każdego dostępne) słodkie wspaniałości. Tottori będziemy na pewno wspominać jako jedno z najmilszych miejsc, które odwiedziliśmy w Japonii.
Kioto
Choć naszym celem zwiedzania było Kioto, to zatrzymaliśmy się w Osace, mieście sąsiadującym z Kioto, uważanym za przodujący w Japonii ośrodek biznesu. Na pierwszy rzut oka Osaka jest miastem bardzo nowoczesnym, niestety było to też pierwsze miejsce, w którym zobaczyliśmy biedę oraz bezdomnych mieszkańców - niesamowite zderzenie cudownego bogactwa z przykrą prozą życia.
Kioto to miasto bardzo popularne wśród turystów z powodu licznych świątyń oraz dzielnicy Gion, utrzymanej w tradycyjnym japońskim stylu, w której przy odrobinie szczęścia można napotkać prawdziwe gejsze oraz rdzennych mężczyzn w kimono. Drewniana zabudowa, wąskie uliczki oraz liczne schodki zaprowadziły nas do nieznanych turystom zakamarków. Warto było kluczyć pośród nich aby zgubić tłumy, które codziennie odwiedzają Kioto, przytłaczając swoją liczebnością atmosferę tego jakże pięknego miejsca.
Równie ciekawym doświadczeniem, obarczonym jednak przeciskaniem się przez jeszcze większy tłum niż spotykany przy popularnych miejscach widokowych, była wędrówka przez bazar miejski. Mogliśmy tutaj nie tylko zobaczyć ale i popróbować różnych regionalnych przysmaków. Wojtek zjadł mocno polecaną w tym regionie surową, krwistoczerwoną ośmiornicę nadziewaną ugotowanym żółtkiem z jaja kurzego (bardzo smaczną!), Beata natomiast zjadła coś, o czym stara się zapomnieć do dziś, pominiemy więc detale… :)
Góra Fuji
Ciekawą wycieczką okazała się wyprawa do podnóża góry Fuji. Fuji położona jest ponad 100 km od Tokio. Jest uśpioną górą wulkaniczną o wysokości 3776 m. Niestety wspinaczka na nią możliwa jest jedynie przez krótki okres letni ze względu na trudne warunki panujące na szczycie, wobec czego pozostało nam jedynie podziwianie jej z oddali. Jednym z punktów obserwacyjnych jest pagoda Chureito, do której musieliśmy dojść po nie kończącej się ilości schodów. Nasyciwszy wzrok pięknym widokiem udaliśmy się nad pobliskie jezioro Kawaguchi. Mimo, że widok wulkanu jest – na pierwszy rzut oka – taki sam z każdego miejsca to i tak warto było obejść górskie jezioro by móc podziwiać górę Fuji z niższej perspektywy.
Nikko
Nasz czas przyjazdu do Tokio był ściśle związany z wcześniej szacowanym okresem największego rozkwitu wiśni. Niestety, po przyjeździe okazało się, że większość wisienek jeszcze śpi... Powodem tego była niesprzyjająca od kilku dni aura, co spowodowało przesunięcie całego święta.
Naszym planem alternatywnym była wycieczka do Nikko, miasta znanego z kompleksu świątyń Tosho-gu wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa. Po przybyciu na miejsce wiosenna aura skłoniła nas do udania się wyżej w góry celem zobaczenia jednego z ciekawszych wodospadów w Japonii - Kegon. Z każdym pokonywanym metrem coraz bardziej powątpiewaliśmy w słuszność decyzji, ponieważ ku naszemu zdziwieniu z pięknej zielonej, wiosennej aury otoczenie zmieniało się na zimowe. Kiedy wysiedliśmy z autokaru śnieg sięgał miejscami powyżej kolan, a temperatura oscylowała wokół zera. Nie do końca przygotowani na taką eskapadę mimo wszystko ruszyliśmy w poszukiwaniu naszego wodospadu. Widoki, które ujrzeliśmy, pozwoliły nam zapomnieć o trudnościach i niedogodnościach naszej wyprawy. Na koniec rozgrzaliśmy skostniałe dłonie przy palenisku, zajadając się pieczonymi rybkami z pobliskiego jeziora górskiego. A jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;)
Koyasan
Koyasan na górze Koya to miejsce, na które czekaliśmy z niecierpliwością. Znajduje się tam 117 świątyń. Większość z nich powstała z inicjatywy rodzin samurajskich, gdzie po dziś dzień prowadzone są przez buddyjskich mnichów. Ponad połowa jest zamknięta dla turystów. Niektóre z nich, aby przetrwać, zostały zmuszone do otwarcia bram dla osób odwiedzających. Część świątyń wciąż prowadzona jest w sposób rygorystyczny, przestrzegane tam są reguły klasztorne. Koyasan to miejsce, w którym mnisi buddyjscy oraz pielgrzymi wyciszają się oddając się kontemplacji dążąc do równowagi duchowej.
Wkraczając do Koyasan od razu odczuliśmy wszechobecną ciszę i spokój. Świątynia, którą wybraliśmy jest jedną z najstarszych, prowadzona przez mnichów buddyjskich szkoły shingon. Już na progu przekonaliśmy się, że wybraliśmy świątynię zgodną z naszymi oczekiwaniami, prowadzoną w sposób tradycyjny, bez zbędnej komercji. Jak się okazało, bramy tego miejsca zostały otwarte dla turystów niespełna rok temu. Byliśmy jednymi z pierwszych nie-japońskich gości, których przez ten krótki czas gościli. Od pierwszych chwil mnisi bacznie obserwowali każdy nasz ruch pilnując, byśmy nie naruszyli surowych zasad panujących w świątyni. Warunki w całej świątyni były surowe, wręcz spartańskie. Temperatura we wnętrzach nie przekraczała 6 stopni, jedynie nasz pokój był nieznacznie cieplejszy. Wszędzie było czuć zapach kadzideł i tajemniczych olejków oraz co jakiś czas dochodziły do nas dżwięki dzwonów, gongów oraz mis.
W czasie naszego pobytu natrafiliśmy na wędrownego mnicha, który przebywał w tym czasie w świątyni. Towarzyszył nam podczas śniadania opowiadając o buddyzmie, tradycjach a także objaśniał nam obrządki,w których uczestniczyliśmy wczesnym rankiem. Chętnie odpowiadał na nasze pytania, jak również tłumaczył nam słowa i znaczenie mantry, której uczyliśmy się podczas porannej medytacji.
Doświadczenia zdobyte w Koyasan są dla nas bezcenne. Zapewne jeszcze wielokrotnie będą nas skłaniać do przemyśleń i zadumy. Wspaniała duchowa podróż...
Hiroszima
Na tle innych miejsc, które mieliśmy okazję odwiedzić w Japonii, Hiroszima jest bardzo nowoczesnym miastem. Choć czas od całkowitego zniszczenia miasta jest stosunkowo krótki, to jego odbudowa nie pozostawiła śladu tamtego wydarzenia. Jedynie Kopuła Bomby Atomowej skłania nas do chwili refleksji nad tragicznym obliczem wojny.
Hiroszima posiada wiele wysokich budynków, wśród których wplecione są strzeliste wieżowce, a poruszanie się ułatwia ogromna sieć podziemi. Podziwiając nowoczesność miasta zupełnie nieświadomie przeszliśmy 2 km przez w większości zadaszoną sieć uliczek, stanowiącą centrum handlowe miasta. Hiroszimę cechuje znaczna liczba turystów, przez co mogliśmy się bardziej wmieszać w tłum i nareszcie nie byliśmy tak zauważalni.
Odskocznią od miejskiego zgiełku jest wyspa Itsukushima, na której znaleźliśmy kilka świątyń. Przeprawiając się na nią promem zobaczyliśmy pływającą bramę Tori – jedną z najbardziej efektownych w Japonii. Beata, jak zwykle pochłonięta przyrodą, dokarmiała biegające wokół jelenie, natomiast Wojtek eksperymentował z regionalną kuchnią, “zajadając się” czymś bliżej nieokreślonym :). Piękne otoczenie skłoniło nas do pozostania na wyspie do zachodu słońca.
Pomnik pokoju w Hiroszimie
Sadako Sasaki to japońska dziewczynka, która w wieku 2 lat przeżyła wybuch bomby atomowej na Hiroszimę. Kilka lat później zdiagnozowano u niej białaczkę będącą wynikiem napromieniowania. Sadako, wierząc japońskiej legendzie, postanowiła złożyć tysiąc papierowych żurawi (origami), by wyzdrowieć. Nie udało się jej. Zmarła rok później. Złożyła 644 żurawie. Przyjaciele dokończyli jej dzieło. Sadako pochowano z tysiącem żurawi…
Aso
Aso to jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie. Ostatnią erupcję zanotowano w październiku 2016 i do dnia dzisiejszego jego aktywność jest zwiększona. Ślady jego ostatnich niszczycielskich działań widoczne są do dziś.
W czasie naszej wycieczki poziom aktywności wulkanu został podniesiony ze stopnia pierwszego na trzeci. Zorientowaliśmy się, że coś się dzieje, ponieważ nagle nad wulkanem pojawiły się helikoptery, a chmura oparów z krateru zmieniła swój kolor na niebieskawy. Pojawiła się straż pożarna, a kierowca przypadkowego, przejeżdżającego autokaru, zaczął nas popędzać, abyśmy wsiadali. Nie ukrywamy, że zaczął w nas narastać strach szczególnie, gdy Beata dostała atak kaszlu i duszności, a Wojtek zaczął tracić głos. Mając świadomość, że najbardziej niebezpieczne są trujące gazy wydobywające się z krateru, bez oporu poddaliśmy się poleceniom wydawanym przez kierowcę. Mimo, że z naszego punktu widzenia wygląd wulkanu był niezmienny od naszego przybycia, to szybko opuściliśmy zagrożoną strefę.
Chociaż poznaliśmy na własnej skórze groźne oblicze wulkanu to i tak jesteśmy bardzo zadowoleni, że mogliśmy przebywać w zupełnie odmiennym od klasycznych gór krajobrazie. Wszechobecny pył, popalone trawy i brak innej roślinności, w niższych partiach powalone drzewa i strumienie zastygłej lawy tworzą piękny w swej surowości widok. Warto było się tam wybrać.
Kolejne spostrzeżenia
- Herbata zielona, którą pijemy w Japonii zupełnie odbiega smakiem od tego, co możemy dostać w naszych sklepach w Polsce. Jej smak jest zdecydowanie bardziej intensywny i aromatyczny, różni się nawet kolorem. Choć Beata pija herbatę zieloną w Polsce, tak tutaj nuta smakowa jest na granicy jej akceptacji (wciąż się do niej przyzwyczajamy).
- W niemal każdej miejscowości, a szczególnie w tych mniejszych, obok prawie każdego domu rosną przepiękne „drzewka” bonsai. Ujęliśmy to w cudzysłów ponieważ w rzeczywistości są to duże drzewa, przy których Stefan (nasze drzewko) wygląda jak niemowlak. Są one niesamowicie zadbane, występują w wielu odmianach zarówno iglastych jak i liściastych. Faktycznie jest to cecha charakterystyczna domostw japońskich, po której od razu orientujemy się, w jakim kraju jesteśmy.
- A teraz prawdziwy hit – sytuacja, w której nie potrafiliśmy się znaleźć. W drodze z Fukuoki do Oity, w pociągu jak każdy inny, którymi przemierzaliśmy już Japonię, nagle na jednej ze stacji w wagonie zrobiło się duże zamieszanie. W pierwszej chwili myśleliśmy, że coś się stało – nie ukrywamy, że się przestraszyliśmy. Współpasażerowi zaczęli do nas gwarnie mówić, czego oczywiście kompletnie nie rozumieliśmy, co spotęgowało naszą panikę. Ostatecznie Japończycy zorientowali się, że kompletnie nie wiemy co się dzieje, jeden z usłużnych współpasażerów „wyciągnął” nas z naszych siedzeń i – ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu – obrócił je o 180 stopni – w przeciwnym kierunku jazdy. Potem pozostali pasażerowie zaczęli obracać swoje fotele (nasz był tym, który miał rozpocząć ten zadziwiający proces :) ). Jak się okazało, pociąg zmieniał kierunek jazdy, więc dla wygody pasażerów wymyślono obrotowe fotele w pociągu. Ufff… dobrze że to taka błaha sprawa, a już myśleliśmy, że to trzęsienie ziemi.
- Nasz pierwszy większy błąd... Będąc w Nobeoce zaplanowaliśmy wycieczkę do Takachiho, gdzie mieliśmy dojechać lokalnym autobusem. Znalezienie przystanku i odpowiedniego autobusu okazało się nie lada wyzwaniem, ponieważ wszystko w tym mieście jest po japońsku – zdecydowanie nie spodziewają się gości z zagranicy. Po półgodzinie bezskutecznych poszukiwań postanowiliśmy zasięgnąć języka u tubylców. „Ofiarą” naszej decyzji padł mężczyzna myjący swój samochód. Jego znajomość angielskiego była mocno dyskusyjna – zrozumiał jedynie nazwę miejscowości i „bus” – ale nie odmówił pomocy. Tak jak stał, ze ścierką w ręku, doprowadził nas przez 2 przecznice miasta na przystanek autobusowy, gdzie nie mógł odnaleźć właściwego autobusu, dalej jednak heroicznie walczył o rozwiązanie naszego problemu. Ku naszemu zdziwieniu nie poprosił nikogo o pomoc mimo, iż na przystanku stało kilka osób. Wziął sobie za punkt honoru samodzielne doprowadzenie sprawy do końca. W tym momencie było nam już mocno niezręcznie, gdyż wiedzieliśmy, że nie możemy mu podziękować dopóki nie wypełni swojego zadania (rezygnacja z jego pomocy oznaczałaby obrazę dla niego) – nieszczęsny Japończyk biegał w samej koszuli, ze ścierką w ręku, pozostawiwszy swój samochód, aby nam pomóc. Ostatecznie posadził nas na ławce abyśmy nie biegali za nim i sam kontynuował poszukiwania. Dopiero po 15 minutach pojawił się z powrotem, dalej jednak – ku naszemu zaskoczeniu - nie mając rozwiązania. Japończyk, wbrew swoim zasadom, zmuszony został do poproszenia o pomoc. Po „przekazaniu” nas osobie, która nieznacznie więcej umiała po angielsku, niemalże uciekł nie przyjmując od nas podziękowań, a na twarzy wymalowane miał poczucie winy. Była to dla nas najbardziej niezręczna sytuacja w czasie dotychczasowego pobytu w Japonii. Po tym zdarzeniu postanowiliśmy unikać jak ognia proszenia zwykłych przechodniów o pomoc. Ostatecznie historia zakończyła się dla nas pozytywnie, ponieważ osoba, której zostaliśmy „przekazani”, wskazała nam czym i skąd mamy jechać, by dotrzeć do celu. Na koniec jeszcze Beata w tych całych emocjach, które towarzyszyły zajściu, chyba zbyt nisko ukłoniła się w podziękowaniu, przez co Japończyk – zgodnie ze zwyczajem – ukłonił się jeszcze niżej, niemalże dziobiąc nosem kolana Wojtka :).
- Będąc w Naha napotkaliśmy na rzecz przedziwną. Jeżeli uważacie, że obejście skrzyżowania musi trwać wieczność, to widocznie nie znacie japońskiego patentu rozwiązującego ten kłopot. Chodzi oczywiście o skrzyżowanie dla pieszych! Będąc na jednym z większych skrzyżowań w mieście czekaliśmy grzecznie na zielone światło. W momencie jego zapalenia zorientowaliśmy się, że piesi chodzą nie tylko wzdłuż i w poprzek, ale też i po przekątnych. Dopiero w tym momencie zobaczyliśmy, że pośrodku skrzyżowania są jeszcze pasy na krzyż. Pierwsze co przyszło do głowy Beacie to co się stanie, gdy spotkają się w punkcie „0”, czyli na środku skrzyżowania. Japoński porządek wziął górę – nikt nie zwolnił, nie zderzył się, nie wchodził sobie w drogę – jak oni to robią? Nie wyobrażamy sobie takiego skrzyżowania u nas – katastrofa murowana.

- Na stacjach kolejowych i autobusowych trzeba być bardzo czujnym, ponieważ zdarza się, iż podjeżdżający pojazd potrafi nagle zmienić swój numer i opis trasy, np. w Beppu podjechał na przystanek autobus nr 3, a po chwili zmienił numer na 5. Innym przykładem jest zmiana typu pociągu! Jadąc zwykłym podmiejskim pociągiem, który na jednej ze stacji zmienił się w… metro. Nie dość tego, od momentu „przemiany” stał się pojazdem dodatkowo płatnym! Obawiając się, że jeszcze postanowi zmienić kierunek jazdy, wysiedliśmy. Reszta pasażerów, jak widać lepiej zorientowana, pojechała dalej :). Cała ta zmiana oczywiście nie była ujęta w rozkładzie jazdy.
- Wspominaliśmy coś wcześniej o zasypiających w każdej możliwej chwili Japończykach?

Dziewięć piekieł
Wybraliśmy się do jednego z najbardziej aktywnych regionów wulkanicznych w Japonii - miasta Beppu. Już na dworcu przywitał nas wiatr niosący ze sobą charakterystyczny zapach. Naszą uwagę przykuły wydobywające się ze studzienek, kanałów wodnych i innych miejsc białe snopy gejzerów pary. Niecodzienna sceneria miasta zachęciła nas do poznawania tajemnic wulkanicznych terenów. Najbardziej spektakularnym rewirem jest obszar zwany dziewięcioma piekłami. Tak zwane piekła to źródła o różnej charakterystyce, od łagodnie wyglądającej błękitnej, parującej wody, poprzez bulgoczące błotniste bajora po złowieszczo wyglądające, wrzące diabelską czerwienią źródła. Mimo odrażającego zapachu podjęliśmy wyzwanie w postaci zjedzenia kurzych jajek ugotowanych w błotnistej mazi. Ku naszemu zaskoczeniu smakowało bardzo dobrze, choć wyglądało hmmm... :)
W przeciwieństwie do Beppu miejscowość Yufuin, znajdująca się w pobliżu czynnego wulkanu - góry Yufu - bardzo nas rozczarowała. Od pierwszych kroków w mieście uderzyła nas wszechobecna komercja. Poczuliśmy się jak w naszym rodzinnym Zakopanem, co spotęgował jeszcze baca o skośnych oczach, mijający nas furmanką z turystami, jadący przez "krupówki". Natomiast góra Yufu swoją wielkością i kształtem przypominała nasze Tatry. Duża zmienność pogody, a szczególnie nawracający co chwilę deszcz, zniechęciły nas do wejścia na szczyt. Na zakończenie naszej wizyty w Yufuin Wojtek stwierdził, że górale są wszędzie tacy sami, miejsce na świecie nie ma znaczenia - strzyżenie ceprów ;).
Takachiho
Kolejną miejscowością w której się pojawiliśmy była niewielka (w skali Japonii) mieścina - Nobeoka. Nasze przybycie wywołało niemałe poruszenie wśród mieszkańców, którzy nieczęsto widują turystów, zwłaszcza białych (że nie wspomnimy o blondynkach ;) ). Nawet nie kryli swojego zaskoczenia i zaciekawienia, przypatrując nam się otwarcie. W jednym ze sklepów, w.którym kupowaliśmy owoce, natrafiliśmy na Japonkę mówiącą nieco po angielsku. Jak się dowiedziała, że jesteśmy z Polski zapytała "jak to się stało, że tu trafiliśmy", podkreślając to jako rzecz niezwykłą. Byla tak zachwycona spotkaniem z nami, iż na koniec podarowała nam kilka pomarańczy ze swojego sklepiku (wyjątkowo słodkich i soczystych).
Następnym etapem naszej wyprawy było mityczne miasteczko Takachiho, znajdujące się niemalże w centrum wyspy Kyushu, w regionie górskim, niedaleko jednego z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie – Aso (który odwiedzimy niebawem :) ). Od pierwszych chwil dało się wyczuć inną atmosferę tego miejsca, którą pogłębiały często spotykane kamienne rzeźby nadgryzione zębem czasu oraz wiekowe drzewce. Szlak rozpoczęliśmy od dotarcia łódką do wodospadów z ciepłych wód wulkanicznych. Następnie ruszyliśmy szlakiem wzdłuż kanału wodnego przepływającego wśród skał, podziwiając malownicze kamienne mosty, które zaprowadziły nas do ponad 500-letniej świątyni shintoistycznej. Mieliśmy tam okazję obserwować obrządki religijne nie znanej nam do tej pory japońskiej wiary, które wywarły na nas duże wrażenie, dając wiele do myślenia.
Oceanarium
Oceanarium było głównym powodem, dla którego zdecydowaliśmy się wybrać na odległą od samej Japonii tropikalną wyspę Okinawa. Pogoda nas niestety nie rozpieszczała polewając nas co chwilę ciepłym deszczem. Nie przeszkodziło nam to jednak wybrać się na plażę i zanurzyć stopy w lazurowej wodzie o temperaturze, której Bałtyk może pozazdrościć w środku lata (pamiętajmy, że to dopiero marzec!). Pacyfik nadał plażom na Okinawie specyficzny charakter – właściwie brak jest na nich kamieni. Nie są to jednak jedwabiste piaski, ponieważ sąsiedztwo raf koralowych spowodowało, że na plaże naniesionych jest mnóstwo pokruszonych, oderwanych fragmentów (kilka z nich „przemycimy” do domu ;) ), które nie ułatwiały nam chodzenia boso. Bogata roślinność, specyficzne zapachy oraz klimat dały nam chwile wytchnienia i odpoczynku przed kolejnymi wrażeniami czekającymi na nas w oceanarium. Pierwsza niespodzianka znajdowała się zaraz przy wejściu – basen pełen czekających na nasz dotyk rozgwiazd, strzykw (gigantycznych dżdżownic) i innych żyjątek oceanicznych. Oczywiście wszystko było bezpieczne, co nie znaczy przyjemnie – niektóre zwierzątka wzbudzały wręcz obrzydzenie. Czego się jednak nie robi dla nowych doznań.. J. Główną atrakcją były jednak gigantyczne rekiny wielorybie, których ogrom można było niemalże poczuć stojąc w przeszklonym tunelu, nad którym przepływały te olbrzymy. Nie jesteśmy w stanie opisać wrażenia, jakie na nas wywarły te niesamowite zwierzęta. Kolejną niespodzianką były manaty, które widzieliśmy po raz pierwszy w życiu. Z trudem oderwaliśmy się od tych sympatycznych gigantów, gdyż w następnym basenie czekały już na nas wielkie żółwie wodne. Żadna z tych atrakcji nie mogła się jednak równać z delfinami. Choć nie dane nam było obcować z nimi w wodzie i ich dotykać, tak jak mieliśmy okazję robić to w Belgii, to i tak zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Delfiny stanowiły ukoronowanie naszego pobytu w oceanarium.



















