Kolejne spostrzeżenia

  1. Herbata zielona, którą pijemy w Japonii zupełnie odbiega smakiem od tego, co możemy dostać w naszych sklepach w Polsce. Jej smak jest zdecydowanie bardziej intensywny i aromatyczny, różni się nawet kolorem. Choć Beata pija herbatę zieloną w Polsce, tak tutaj nuta smakowa jest na granicy jej akceptacji (wciąż się do niej przyzwyczajamy).
  2. W niemal każdej miejscowości, a szczególnie w tych mniejszych, obok prawie każdego domu rosną przepiękne „drzewka” bonsai. Ujęliśmy to w cudzysłów ponieważ w rzeczywistości są to duże drzewa, przy których Stefan (nasze drzewko) wygląda jak niemowlak. Są one niesamowicie zadbane, występują w wielu odmianach zarówno iglastych jak i liściastych. Faktycznie jest to cecha charakterystyczna domostw japońskich, po której od razu orientujemy się, w jakim kraju jesteśmy.
  3. A teraz prawdziwy hit – sytuacja, w której nie potrafiliśmy się znaleźć. W drodze z Fukuoki do Oity, w pociągu jak każdy inny, którymi przemierzaliśmy już Japonię, nagle na jednej ze stacji w wagonie zrobiło się duże zamieszanie. W pierwszej chwili myśleliśmy, że coś się stało – nie ukrywamy, że się przestraszyliśmy. Współpasażerowi zaczęli do nas gwarnie mówić, czego oczywiście kompletnie nie rozumieliśmy, co spotęgowało naszą panikę. Ostatecznie Japończycy zorientowali się, że kompletnie nie wiemy co się dzieje, jeden z usłużnych współpasażerów „wyciągnął” nas z naszych siedzeń i – ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu – obrócił je o 180 stopni – w przeciwnym kierunku jazdy. Potem pozostali pasażerowie zaczęli obracać swoje fotele (nasz był tym, który miał rozpocząć ten zadziwiający proces 🙂 ). Jak się okazało, pociąg zmieniał kierunek jazdy, więc dla wygody pasażerów wymyślono obrotowe fotele w pociągu. Ufff… dobrze że to taka błaha sprawa, a już myśleliśmy, że to trzęsienie ziemi.
  4. Nasz pierwszy większy błąd… Będąc w Nobeoce zaplanowaliśmy wycieczkę do Takachiho, gdzie mieliśmy dojechać lokalnym autobusem. Znalezienie przystanku i odpowiedniego autobusu okazało się nie lada wyzwaniem, ponieważ wszystko w tym mieście jest po japońsku – zdecydowanie nie spodziewają się gości z zagranicy. Po półgodzinie bezskutecznych poszukiwań postanowiliśmy zasięgnąć języka u tubylców. „Ofiarą” naszej decyzji padł mężczyzna myjący swój samochód. Jego znajomość angielskiego była mocno dyskusyjna – zrozumiał jedynie nazwę miejscowości i „bus” – ale nie odmówił pomocy. Tak jak stał, ze ścierką w ręku, doprowadził nas przez 2 przecznice miasta na przystanek autobusowy, gdzie nie mógł odnaleźć właściwego autobusu, dalej jednak heroicznie walczył o rozwiązanie naszego problemu. Ku naszemu zdziwieniu nie poprosił nikogo o pomoc mimo, iż na przystanku stało kilka osób. Wziął sobie za punkt honoru samodzielne doprowadzenie sprawy do końca. W tym momencie było nam już mocno niezręcznie, gdyż wiedzieliśmy, że nie możemy mu podziękować dopóki nie wypełni swojego zadania (rezygnacja z jego pomocy oznaczałaby obrazę dla niego) – nieszczęsny Japończyk biegał w samej koszuli, ze ścierką w ręku, pozostawiwszy swój samochód, aby nam pomóc. Ostatecznie posadził nas na ławce abyśmy nie biegali za nim i sam kontynuował poszukiwania. Dopiero po 15 minutach pojawił się z powrotem, dalej jednak – ku naszemu zaskoczeniu – nie mając rozwiązania. Japończyk, wbrew swoim zasadom, zmuszony został do poproszenia o pomoc. Po „przekazaniu” nas osobie, która nieznacznie więcej umiała po angielsku, niemalże uciekł nie przyjmując od nas podziękowań, a na twarzy wymalowane miał poczucie winy. Była to dla nas najbardziej niezręczna sytuacja w czasie dotychczasowego pobytu w Japonii. Po tym zdarzeniu postanowiliśmy unikać jak ognia proszenia zwykłych przechodniów o pomoc. Ostatecznie historia zakończyła się dla nas pozytywnie, ponieważ osoba, której zostaliśmy „przekazani”, wskazała nam czym i skąd mamy jechać, by dotrzeć do celu. Na koniec jeszcze Beata w tych całych emocjach, które towarzyszyły zajściu, chyba zbyt nisko ukłoniła się w podziękowaniu, przez co Japończyk – zgodnie ze zwyczajem – ukłonił się jeszcze niżej, niemalże dziobiąc nosem kolana Wojtka :).
  5. Będąc w Naha napotkaliśmy na rzecz przedziwną. Jeżeli uważacie, że obejście skrzyżowania musi trwać wieczność, to widocznie nie znacie japońskiego patentu rozwiązującego ten kłopot. Chodzi oczywiście o skrzyżowanie dla pieszych! Będąc na jednym z większych skrzyżowań w mieście czekaliśmy grzecznie na zielone światło. W momencie jego zapalenia zorientowaliśmy się, że piesi chodzą nie tylko wzdłuż i w poprzek, ale też i po przekątnych. Dopiero w tym momencie zobaczyliśmy, że pośrodku skrzyżowania są jeszcze pasy na krzyż. Pierwsze co przyszło do głowy Beacie to co się stanie, gdy spotkają się w punkcie „0”, czyli na środku skrzyżowania. Japoński porządek wziął górę – nikt nie zwolnił, nie zderzył się, nie wchodził sobie w drogę – jak oni to robią? Nie wyobrażamy sobie takiego skrzyżowania u nas – katastrofa murowana.
  6. Na stacjach kolejowych i autobusowych trzeba być bardzo czujnym, ponieważ zdarza się, iż podjeżdżający pojazd potrafi nagle zmienić swój numer i opis trasy, np. w Beppu podjechał na przystanek autobus nr 3, a po chwili zmienił numer na 5. Innym przykładem jest zmiana typu pociągu! Jadąc zwykłym podmiejskim pociągiem, który na jednej ze stacji zmienił się w… metro. Nie dość tego, od momentu „przemiany” stał się pojazdem dodatkowo płatnym! Obawiając się, że jeszcze postanowi zmienić kierunek jazdy, wysiedliśmy. Reszta pasażerów, jak widać lepiej zorientowana, pojechała dalej :). Cała ta zmiana oczywiście nie była ujęta w rozkładzie jazdy.
  7. Wspominaliśmy coś wcześniej o zasypiających w każdej możliwej chwili Japończykach?

Privacy Preference Center