Moja przygoda rozpoczęła się w miasteczku Costa Adeje, gdzie przyjechała po mnie busem ekipa pilotów i pozostałych uczestników przygody. Po chwili okazało się, że brakuje jednego pilota. Tak się złożyło, że zabrakło go akurat dla mnie. Na szczęście Wojtek z Madzią podążali za mną, więc organizatorzy wykorzystali nasz samochód, gdyż bus był już pełny. Świeżo zwerbowany pilot ochoczo wsiadł do auta i wreszcie mogliśmy ruszyć w góry i stawić się na miejsce startu. Nasza droga do celu wiodła wąskimi górskimi drogami, na których szalony kierowca błyskawicznie zostawił z tyłu Wojtka, pędząc krętą trasą bez chwili wahania. Równie wesoło było wewnątrz busa, gdzie zwariowana ekipa lotników, kiedy dowiedziała się, że paragliding jest moim prezentem urodzinowym, odśpiewała mi po włosku sto lat. W ten sposób dowiedziałam się, że wszyscy są Włochami.
Miejscem startu okazało się zbocze góry na wysokości ok. 1000 m niedaleko miejscowości Ifonche. Po dojechaniu na miejsce rozpoczęliśmy przygotowania, a w międzyczasie dojechał Wojtek z Madzią i pilotem który, jak się okazało, miał być moim opiekunem w trakcie lotu. Nie ukrywam, że kiedy go zobaczyłam, obudziły się we mnie pewne wątpliwości. Umberto był małym, drobnym, niższym ode mnie o pół głowy starszym panem, na dodatek bez trzech palców u ręki. Na szczęście podczas jazdy Wojtek dowiedział się, że ma on 22-letnie doświadczenie w skokach, a lot z nim to prawdziwe wyróżnienie.
Ekipa bardzo sprawnie i szybko rozłożyła sprzęt i paralotnię, nie dając mi chwili na zastanowienie się nad zmianą decyzji lub wycofanie się. Sytuacja zaczęła mieć dla mnie przebieg dość dramatyczny w momencie, kiedy pokazali mi skarpę, z której mamy startować. Na dodatek to ja miałam być koniem pociągowym gdyż Umberto miał zajmować się sznurkami. Ruszyłam więc dziarsko do przodu ciągnąc na plecach małego Włocha z nadzieją, że zabierze mnie do góry ze sobą i swoja paralotnią. Niestety ku mojemu zaskoczeniu zamiast się wznosić zaczęliśmy schodzić nieco w dół. Jak mi później tłumaczył Umberto po wyprowadzeniu nas na prostą, w momencie startu niefortunnie zabrakło nam troszkę wiatru. Jednak dzięki jego umiejętnościom i doświadczeniu wyszliśmy z lekkiej opresji bez szwanku. Kiedy w końcu ustabilizowaliśmy nasz lot i moje emocje nieco zelżały, zaczęłam podziwiać przepiękny, roztaczający się wokół mnie widok. Z jednej strony ocean, za plecami góry, z których startowałam, a pode mną drogi i miasteczka.. mogłam poczuć się jak ptak w przestworzach.
Kiedy Umberto przekonał się, że dobrze się bawię podczas naszego lotu, dał mi pokierować paralotnią, oczywiście uprzednio mnie instruując abyśmy nie skończyli na ziemi przed czasem… :). Muszę przyznać, że to wspaniałe uczucie kierować paralotnią w przestworzach.
Nadszedł jednak czas zakończenia lotu i przygotowań do lądowania. Naszym lądowiskiem była plaża w La Caleta. Oczywiście żeby nie było za łatwo, plaża nie była pusta, gdyż opalali się na niej turyści. Naszym zadaniem było gładkie lądowanie i oszczędzenie przy tym postronnych plażowiczów. Podobnie jak przy starcie tak i tutaj byłam koniem pociągowym, gdyż Umberto miał się skupić na naszym żaglu. Lądowanie przebiegło jednak w sposób perfekcyjny, co zostało nagrodzone brawami przez pozostałych członków ekipy. Mimo, że był to jeden z najwspanialszych prezentów, jakie mogłam otrzymać na urodziny, dający mi możliwość przeżycia niezwykłej przygody, to z radością postawiłam nogę na ziemi.
Galeria





































