Ulice Londynu

Już wkrótce...


Tower of London

Już wkrótce...


Tower Bridge

Już wkrótce...


Straż konna

Już wkrótce...


Chwila zabawy

Już wkrótce...


Big Ben

Już wkrótce...


Balos i Gramvousa

Nasze ostatnie górskie wyczyny, czyli zdobycie najwyższego szczytu Krety, postanowiliśmy uczcić w miejscu dużo niżej położonym, uznawanym za najpiękniejsze na Krecie – lagunie Balos.  Usytuowana jest w północno-zachodniej części Krety, miejscu odległym od naszej bazy noclegowej o ponad 2 godziny jazdy. Aby dostać się na lagunę można wybrać jedną z dwóch opcji: rejs statkiem lub dojazd samochodem. Oczywiście wybraliśmy ciekawszą formę, jaką jest rejs. Szczególnie, że umożliwił on nam dodatkowo zwiedzenie pirackiej wyspy Gramvousa.

Sam rejs trwał około godziny i był całkiem przyjemny. Trasa prowadziła wzdłuż skalistego wybrzeża Krety i pozwoliła nam obserwować skały i biegnącą wzdłuż brzegu cieniutką nitkę drogi, prowadzącej do laguny.

Po dopłynięciu na Lagunę Balos przywitał nas tłum turystów. Na szczęście większość z nich skupiła się na plażowaniu, dając nam możliwość penetrowania różnych zakamarków laguny w dużej mierze bez ich obecności. Otaczające nas kolory oszałamiały. Tyle odcieni niebieskiego w wodzie nie widzieliśmy w żadnym zakątku świata. W dodatku jasny, a miejscami różowy piasek, który powstał z rozdrobnionych muszli, nadał plaży niesamowitej malowniczości. Morze w lagunie jest bardzo płytkie i ciepłe, natomiast za skałami, na granicach laguny woda jest głębsza i zimniejsza, idealna do pływania i nurkowania. Jest to bardzo ciekawe miejsce, pięknie prezentujące się również z góry, skąd widać pełnię barw na tle surowego wybrzeża.

Po kilkugodzinnym pobycie na lagunie ruszyliśmy w dalszy etap naszego rejsu, którego celem była odległa o 15 minut Gramvousa. Wyspa, na którą dopłynęliśmy, to dawna wyspa piratów, którzy przejęli starą wenecką twierdzę. Nie mamy tu na myśli bajkowych „Piratów z Karaibów” lecz prawdziwych bandytów napadających w XIX wieku na przepływające statki. Znajdujący się w zatoce wrak statku, który malowniczo wkomponował się w obraz wyspy, niestety nie jest dziełem piratów tylko przypadkowego zatonięcia. Musimy jednak przyznać, że idealnie pasuje do historii Gramvousy.

Nieco wyczerpani ale zadowoleni z wizyty w tak pięknych miejscach ruszyliśmy z powrotem do domu, w kierunku górskich pejzaży.


Szczyt Psiloritis

Psiloritis, inaczej zwany Timios Stavros, to najwyższy (2456 m n.p.m.) szczyt Krety. Jego widok podziwialiśmy codziennie z tarasu naszego lokum, aż w końcu postanowiliśmy, że chcemy spojrzeć w drugą stronę: ze szczytu w dół.

Wejście na szczyt jest dość sporym wyzwaniem, ale i sam dojazd do Lakkos Migerou, czyli płaskowyżu, z którego wiedzie jeden ze szlaków, dostarcza sporo emocji. Do opisanych wcześniej „atrakcji” drogowych, jak kręte, wąskie i strome podjazdy oraz stada zwierząt dochodzą prawdziwe osuwiska skalne, zmieniające fragmenty drogi w szutrowy szlak.

Sama wędrówka na szczyt również nie należy do najłatwiejszych, gdyż do pokonania czeka 900 m w górę szlakiem początkowo kamiennym, który przechodzi w ledwo widoczną wśród osuwających się kamieni ścieżkę. Nie dość, że trzeba uważać pod nogi to jeszcze przeszkadzają owce, wypoczywające, jakżeby inaczej, na szlaku. Nasze próby przegonienia ich zostały błyskawicznie przerwane przez wzrok barana jednoznacznie wskazujący, kto tu rządzi. Pozostało nam przedzieranie się przez boczne osuwiska, ponieważ woleliśmy nie zadzierać z rogatym królem. Żeby było zabawniej, takich spotkań mieliśmy co najmniej kilka, na szczęście jedyne obrażenia, jakie odnieśliśmy to urażona z przymusu ustąpienia owcom duma i kilka dodatkowych kropel potu.

Musimy przyznać, że widok, który zobaczyliśmy ze zdobytego szczytu, wart jest każdego wysiłku. Można dostrzec zarówno wybrzeża na północy i południu wyspy jak też pozostałe pasma górskie Krety. Widok jest tym przyjemniejszy, że mogliśmy podziwiać go wyłącznie w towarzystwie dzikich kóz, ewidentnie pilnujących porządku na szczycie 😊. Dlaczego tak niewiele osób dociera w to urokliwe miejsce – nie wiemy.

Nasyciwszy oczy pięknym widokiem ruszyliśmy w drogę powrotną, która okazała się nie mniej wymagająca niż podejście, a to za sprawą ciągle osuwających się spod stóp kamieni.

O tym, że wejście na szczyt najwyższej góry Krety jest nie lada wyczynem dowiedzieliśmy się po powrocie do naszego domu, gdzie właścicielka była pod wielkim wrażeniem naszego osiągnięcia i bardzo nam gratulowała. Możemy więc z dumą powiedzieć, że górę Psiloritis obejrzeliśmy z każdej strony.


Plaża Preveli

Plaża Preveli to jedna z najpiękniejszych plaż na Krecie, znana przede wszystkim z naturalnego lasu palmowego, w którym rosną palmy daktylowe w odmianie typowej dla tej wyspy. Aby dostać się w to niezwykłe miejsce musieliśmy pokonać stromą ścieżkę w dół do plaży, która nie należała do najwygodniejszych. Strome zejście, obsuwające się spod nóg drobne kamienie, oraz wysoka temperatura sprawiły, że droga była zdecydowanie niemałym wyzwaniem. Warto było pokonać ten szlak, gdyż widoki i urok tego miejsca rekompensują wszelkie trudy.

Główną atrakcją plaży Preveli jest kanał z wodą wypływającą z odwiedzonego przez nas wcześniej wąwozu Kourtaliotiko, wpływającą bezpośrednio do morza. Z racji tego, że w poprzednim dniu Magda wykazała się odwagą okupioną dużym wysiłkiem, dziś postanowiła odpoczywać na lazurowej plaży, podczas gdy my ruszyliśmy w głąb lądu szlakiem pośród palm. Droga przebiegała wzdłuż kanału i prowadziła do zwalisk skalnych, które stanowiły barierę pomiędzy górskim strumieniem a słoną wodą wdzierającą się od strony morza. Aby w pełni docenić piękno palmowego lasu w drogę powrotną ruszyliśmy brodząc kanałem. Woda, początkowo sięgająca kolan, stawała się z każdym metrem coraz głębsza dochodząc bliżej ujścia do wysokości naszych ramion. Zmusiło to nas do niesienia plecaka oraz sprzętu jak Beduini na głowach, aby uniknąć ich zamoczenia. Po niełatwej przeprawie przez rzekę udało nam się szczęśliwie dotrzeć do plaży, na której wylegiwała się leniwie nasza Magda.

Powrót na parking wcześniej opisaną, trudną drogą, nie zdołał nam przyćmić wspaniałego wrażenia, jakie zostawiła na nas plaża Preveli.


Wąwóz Kourtaliotiko

Na kolejny szlak wyruszyliśmy we wczesnych godzinach porannych. Naszym celem był wąwóz Kourtaliotiko, który jest jedną z największych atrakcji przyrodniczych na Krecie. Taka godzina nie jest podyktowana naszym zamiłowaniem do porannego wstawania lecz chęcią uniknięcia tłumów turystów, którzy pojawiają się w wąwozie w późniejszych godzinach.

Sam dojazd już jest interesującą podróżą, gdyż wiedzie malowniczymi krętymi górskimi drogami, pełnymi urokliwych widoków oraz plątających się pod kołami kóz i owiec, oczywiście bez swoich pasterzy.

Zejście na dno wąwozu zaczyna się od przekroczenia kamiennej bramy, za którą czekały na nas setki schodów w dół. Po drodze napotkaliśmy na mały kościółek, który pięknie komponuje się z malowniczym otoczeniem wąwozu. Na końcu szlaku czekały na nas liczne wodospady przelewające się wśród skał. Widok z góry na kaskady wodne zachęcił na do rzadziej już używanej trasy, prowadzącej do ich podnóża. Musimy przyznać, że łatwo nie było. Wznoszące się coraz wyżej słońce oraz wzrastająca na dnie kanionu temperatura dała nam się we znaki. Kiedy w końcu dotarliśmy do końcowego etapu naszej wycieczki okazało się, że do pokonania pozostał jeszcze ok. 40-metrowy odcinek do przepłynięcia w lodowatej górskiej wodzie. Naszą bohaterką okazała się Madzia, która samodzielnie odważnie wskoczyła do 0zimnej wody, zostawiając nas, „zmęczonych staruszków”, na brzegu, i udała się do podnóża wodospadu aby uwieńczyć ten wspaniały widok na zdjęciach. Rośnie nam godny następca 😊.


Heraklion i Knossos

Heraklion to pierwsze miasto, które nas przywitało na Krecie. Ponieważ jednak lądowaliśmy w nocy, postanowiliśmy wrócić do niego za dnia, by poznać je lepiej.

Jest to największe miasto na wyspie, oczywiście przyciągające ogromną ilość turystów. Prócz licznych hoteli, restauracji oraz kawiarenek w Heraklionie znajduje się stara wenecka forteca Rocca al Mare, którą mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz, ponieważ była w trakcie renowacji. Krążąc po klimatycznych uliczkach miasta trafiliśmy na aleję rzemieślniczą, gdzie mogliśmy poznać wiele lokalnych wyrobów. Widać jednak, że ten obszar miasta jest mocno nastawiony na turystów, co nie do końca nas zadowoliło gdyż, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami z naszych podróży, pragnęliśmy poznać koloryt lokalnych targowisk, przeznaczonych przede wszystkim dla mieszkańców, bo to tam można dopiero poczuć prawdziwy klimat danego miejsca.

Pytając tubylców gdzie możemy znaleźć lokalny bazar, zwany tu laiki, trafiliśmy nareszcie na miejsce, w którym mogliśmy poznać smak kreteńskiej codzienności. Już z daleka było słychać gwar oraz okrzyki zachęcające do zakupu ich specjałów. Tam dopiero popróbowaliśmy regionalnych owoców, warzyw, serów i innych wspaniałości. Zaskoczyła nas natomiast część z przedmiotami życia codziennego i ubraniami. Mówiąc krótko przypominało to jeden wielki lumpeks, choć wszystko było nowe i z metkami. Cała ta część to jeden wielki bałagan i rozgardiasz, w której jednak mieszkańcy doskonale się odnajdywali.

Szkoda, że turyści tak rzadko zaglądają w takie miejsca, gdzie można poznać inne oblicze lokalnych mieszkańców.

Heraklion, jak i cała Kreta, to miejsce uznawane za jedną z kolebek ludzkości. Świadczą o tym choćby takie miejsca, jak Knossos, będący pozostałością pałacu, który powstał ponad 4 tys. lat temu. Zwiedzając ruiny byliśmy pod wielkim wrażeniem ówczesnych budowniczych, potrafiących wybudować tak rozległe budowle w czasach, gdy plemiona zamieszkujące nasze okolice nawet nie zaczęły rzucać w siebie kamieniami 😊. Dziwne miejsce, ale warto je odwiedzić.


Monastery

Idąc za radą naszej gospodyni postanowiliśmy wyruszyć do jednego z najważniejszych miejsc na Krecie, klasztoru Arkadi. Znany jako miejsce oblężenia i walki z Turkami w trakcie powstania kreteńskiego w XIX wieku. Zabudowania w obecnej postaci pochodzą głównie z XVI stulecia.

Aby dojechać skorzystaliśmy ze sprawdzonej nawigacji Google, która tym razem spłatała nam figla. Z każdym kilometrem, który pokonywaliśmy do celu, coraz bardziej zastanawialiśmy się, czy oby na pewno jest to właściwa trasa. Nasza droga stawała się coraz węższa i bardziej kręta, nie dając nam nawet możliwości zawrócenia. Gdy dotarliśmy do pierwszego miasteczka ucieszyliśmy się, że jednak znaleźliśmy się w jakiejś cywilizacji. Nic bardziej mylnego, droga okazała się jeszcze węższa, gdzie między domami były tak wąskie przesmyki, że samochód ledwo się w nich mieścił. Kiedy udało nam się opuścić miasteczko i wyjechać na normalne drogi, trafiliśmy na znanych nam już władców szos, owce i kozy, które postanowiły nas nieco wstrzymać. Ostatecznie dotarliśmy do klasztoru choć w czasie „nieco” dłuższym od zakładanego.

Dla mieszkańców Krety klasztor Arkadi stanowi miejsce pamięci narodowej, będąc pomnikiem męczeństwa i walk niepodległościowych. Zwiedzając jego zakamarki widzieliśmy, że klasztor jest zadbany i utrzymywany w doskonałej kondycji mimo upływu wielu lat. Trzeba przyznać, że czuć tutaj kawał historii.

Idąc dalej za poradą naszej gospodyni udaliśmy się do wioski Spili, gdzie miała czekać na nas spektakularna fontanna składająca się z 25 lwich głów. Musimy przyznać, że nie zrobiła na nas zbyt dużego wrażenia. Nie dość tego, dosłownie obklejona knajpami polującymi na przypadkowego turystę. Jednak i takie miejsca zdarza nam się odwiedzać.

Będąc w Spili natrafiliśmy na coś znacznie ciekawszego, bardziej spektakularnego, natomiast nie opisanego w żadnym źródle informacji. Chodzi o klasztor św. Rafaela, niedawno wybudowany, a właściwie ciągle jeszcze w budowie. Zwiedzając przepiękny kompleks świątynny nie mieliśmy świadomości, że poruszamy się tak naprawdę po dachu całego klasztoru. Zorientowaliśmy się dopiero oglądając monastyr z lotu ptaka, a dokładniej z naszego drona, że, oparty na skale, schodzi jeszcze cztery poziomy w dół. Jest to piękne miejsce, które z nieznanych nam przyczyn jest całkowicie ignorowane przez turystów.


Privacy Preference Center