Kulinaria
Każdego dnia będąc w Japonii zdobywaliśmy nowe doświadczenia kulinarne, gdzie od samego początku odważnie sięgaliśmy po nieznane potrawy. Staraliśmy się podchodzić do każdego specjału bez uprzedzeń, dokonując oceny z wielostronnej perspektywy. Niejednokrotnie naszą ciekawość podsycał egzotyczny wygląd, kolor lub zapach a niewiedza, co się kryje za naszym wyborem, przysparzała nam wiele zabawnych sytuacji. Zdarzały się również potrawy budzące niepokój, o odpychającym zapachu lub konsystencji a mimo to i tak odważnie sięgaliśmy po nie, aby poznać nowe smaki. Musimy przyznać że nie łatwo było poruszać się w świecie azjatyckich kulinariów nie znając języka i nazw produktów, ale przeczucia lub instynkt popychały nas do odważnych kroków. Największą skarbnicą smaku były targi oraz bazary na których mogliśmy próbować, dotykać, wąchać oraz oglądać specjały. Chętnie odwiedzaliśmy sklepy z regionalną żywnością danej prefektury, gdzie kupowaliśmy świeżo przyrządzone na poczekaniu potrawy. Japonia to kraj w którym konserwanty używane są w drodze wyjątku, w przeważającej ilości jedzenie jest krótkoterminowe, sporządzane rano z zamiarem sprzedaży danego dnia. Oczywiście można bez problemu spotkać żywność z eksportu dostosowaną do turystów z całego świata. Widywaliśmy również lokale – w większych miastach - takie jak McDonald’s czy KFC , lecz nie tego szukaliśmy. Z ogromną przyjemnością podążaliśmy do restauracji w tradycyjnym stylu, gdzie celowo wybieraliśmy najbardziej egzotyczne propozycje. Niskie stoliki, zamiast krzeseł - płaskie poduszki zabutony, maty tatami, kotary z ręcznie malowanych materiałów, przedziwne naczynia i oczywiście pałeczki. Z dumą musimy przyznać, że od pierwszych chwil pobytu w Japonii mimo zróżnicowanych potraw korzystaliśmy wyłącznie z pałeczek a największym wyzwaniem były zupy z drobnymi dodatkami. Japończycy ku naszemu ogromnemu zdziwieniu jedli w sposób dość zabawny ciamkając, mlaskając i siorbiąc swoje dania bez ogródek i wstydu, zupełnie swobodnie zarówno samotnie jak i w większym gronie w miejscach publicznych. Zauważyliśmy również że nie dojadają swoich dań do końca, zostawiając całkiem słuszne porcje. My natomiast wręcz przeciwnie, wyjadaliśmy do ostatniego kęsa bo jak tu zostawiać takie pyszności. Ciekawostką jest również to, że nie wypada w Japonii jeść idąc ulicą . Kupione jedzenie należy zjeść w miejscu zakupu, restauracji lub zabrać do domu. Odstępstwem od reguły są pociągi i stacje kolejowe. Problem jest również z wyrzucaniem śmieci, ponieważ nie ma na ulicach miast śmietników. Jedynie w miejscach sprzedaży pożywienia, stacjach komunikacji miejskiej oraz sklepach można napotkać pojemniki na śmieci. Za każdym razem po naszym powrocie do hotelu opróżnialiśmy pełne kieszenie śmieci.
Zamieszczone zdjęcia przedstawiają jedynie nieznaczną część specjałów, którymi raczyliśmy nasze podniebienia podczas pobytu w Japonii. Skład niektórych z nich do dziś jest dla nas tajemnicą. Nie wszystkie smaki mogą odpowiadać, ale mimo to próbujcie wszystkiego, bo naprawdę warto.
Kolejne spostrzeżenia
- Herbata zielona, którą pijemy w Japonii zupełnie odbiega smakiem od tego, co możemy dostać w naszych sklepach w Polsce. Jej smak jest zdecydowanie bardziej intensywny i aromatyczny, różni się nawet kolorem. Choć Beata pija herbatę zieloną w Polsce, tak tutaj nuta smakowa jest na granicy jej akceptacji (wciąż się do niej przyzwyczajamy).
- W niemal każdej miejscowości, a szczególnie w tych mniejszych, obok prawie każdego domu rosną przepiękne „drzewka” bonsai. Ujęliśmy to w cudzysłów ponieważ w rzeczywistości są to duże drzewa, przy których Stefan (nasze drzewko) wygląda jak niemowlak. Są one niesamowicie zadbane, występują w wielu odmianach zarówno iglastych jak i liściastych. Faktycznie jest to cecha charakterystyczna domostw japońskich, po której od razu orientujemy się, w jakim kraju jesteśmy.
- A teraz prawdziwy hit – sytuacja, w której nie potrafiliśmy się znaleźć. W drodze z Fukuoki do Oity, w pociągu jak każdy inny, którymi przemierzaliśmy już Japonię, nagle na jednej ze stacji w wagonie zrobiło się duże zamieszanie. W pierwszej chwili myśleliśmy, że coś się stało – nie ukrywamy, że się przestraszyliśmy. Współpasażerowi zaczęli do nas gwarnie mówić, czego oczywiście kompletnie nie rozumieliśmy, co spotęgowało naszą panikę. Ostatecznie Japończycy zorientowali się, że kompletnie nie wiemy co się dzieje, jeden z usłużnych współpasażerów „wyciągnął” nas z naszych siedzeń i – ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu – obrócił je o 180 stopni – w przeciwnym kierunku jazdy. Potem pozostali pasażerowie zaczęli obracać swoje fotele (nasz był tym, który miał rozpocząć ten zadziwiający proces :) ). Jak się okazało, pociąg zmieniał kierunek jazdy, więc dla wygody pasażerów wymyślono obrotowe fotele w pociągu. Ufff… dobrze że to taka błaha sprawa, a już myśleliśmy, że to trzęsienie ziemi.
- Nasz pierwszy większy błąd... Będąc w Nobeoce zaplanowaliśmy wycieczkę do Takachiho, gdzie mieliśmy dojechać lokalnym autobusem. Znalezienie przystanku i odpowiedniego autobusu okazało się nie lada wyzwaniem, ponieważ wszystko w tym mieście jest po japońsku – zdecydowanie nie spodziewają się gości z zagranicy. Po półgodzinie bezskutecznych poszukiwań postanowiliśmy zasięgnąć języka u tubylców. „Ofiarą” naszej decyzji padł mężczyzna myjący swój samochód. Jego znajomość angielskiego była mocno dyskusyjna – zrozumiał jedynie nazwę miejscowości i „bus” – ale nie odmówił pomocy. Tak jak stał, ze ścierką w ręku, doprowadził nas przez 2 przecznice miasta na przystanek autobusowy, gdzie nie mógł odnaleźć właściwego autobusu, dalej jednak heroicznie walczył o rozwiązanie naszego problemu. Ku naszemu zdziwieniu nie poprosił nikogo o pomoc mimo, iż na przystanku stało kilka osób. Wziął sobie za punkt honoru samodzielne doprowadzenie sprawy do końca. W tym momencie było nam już mocno niezręcznie, gdyż wiedzieliśmy, że nie możemy mu podziękować dopóki nie wypełni swojego zadania (rezygnacja z jego pomocy oznaczałaby obrazę dla niego) – nieszczęsny Japończyk biegał w samej koszuli, ze ścierką w ręku, pozostawiwszy swój samochód, aby nam pomóc. Ostatecznie posadził nas na ławce abyśmy nie biegali za nim i sam kontynuował poszukiwania. Dopiero po 15 minutach pojawił się z powrotem, dalej jednak – ku naszemu zaskoczeniu - nie mając rozwiązania. Japończyk, wbrew swoim zasadom, zmuszony został do poproszenia o pomoc. Po „przekazaniu” nas osobie, która nieznacznie więcej umiała po angielsku, niemalże uciekł nie przyjmując od nas podziękowań, a na twarzy wymalowane miał poczucie winy. Była to dla nas najbardziej niezręczna sytuacja w czasie dotychczasowego pobytu w Japonii. Po tym zdarzeniu postanowiliśmy unikać jak ognia proszenia zwykłych przechodniów o pomoc. Ostatecznie historia zakończyła się dla nas pozytywnie, ponieważ osoba, której zostaliśmy „przekazani”, wskazała nam czym i skąd mamy jechać, by dotrzeć do celu. Na koniec jeszcze Beata w tych całych emocjach, które towarzyszyły zajściu, chyba zbyt nisko ukłoniła się w podziękowaniu, przez co Japończyk – zgodnie ze zwyczajem – ukłonił się jeszcze niżej, niemalże dziobiąc nosem kolana Wojtka :).
- Będąc w Naha napotkaliśmy na rzecz przedziwną. Jeżeli uważacie, że obejście skrzyżowania musi trwać wieczność, to widocznie nie znacie japońskiego patentu rozwiązującego ten kłopot. Chodzi oczywiście o skrzyżowanie dla pieszych! Będąc na jednym z większych skrzyżowań w mieście czekaliśmy grzecznie na zielone światło. W momencie jego zapalenia zorientowaliśmy się, że piesi chodzą nie tylko wzdłuż i w poprzek, ale też i po przekątnych. Dopiero w tym momencie zobaczyliśmy, że pośrodku skrzyżowania są jeszcze pasy na krzyż. Pierwsze co przyszło do głowy Beacie to co się stanie, gdy spotkają się w punkcie „0”, czyli na środku skrzyżowania. Japoński porządek wziął górę – nikt nie zwolnił, nie zderzył się, nie wchodził sobie w drogę – jak oni to robią? Nie wyobrażamy sobie takiego skrzyżowania u nas – katastrofa murowana.

- Na stacjach kolejowych i autobusowych trzeba być bardzo czujnym, ponieważ zdarza się, iż podjeżdżający pojazd potrafi nagle zmienić swój numer i opis trasy, np. w Beppu podjechał na przystanek autobus nr 3, a po chwili zmienił numer na 5. Innym przykładem jest zmiana typu pociągu! Jadąc zwykłym podmiejskim pociągiem, który na jednej ze stacji zmienił się w… metro. Nie dość tego, od momentu „przemiany” stał się pojazdem dodatkowo płatnym! Obawiając się, że jeszcze postanowi zmienić kierunek jazdy, wysiedliśmy. Reszta pasażerów, jak widać lepiej zorientowana, pojechała dalej :). Cała ta zmiana oczywiście nie była ujęta w rozkładzie jazdy.
- Wspominaliśmy coś wcześniej o zasypiających w każdej możliwej chwili Japończykach?

Nasze pierwsze spostrzeżenia
- Japończycy wcale nie są tacy niscy. Wzrost Wojtka nie był jakimś wyróżnikiem, trafiają się Japończycy wyżsi od niego, a Japonki wyższe od Beaty. Średnia jest jednak wyraźnie niższa niż u nas.
- Wbrew opinii, Japończycy jednak patrzą w oczy. Najbardziej przekonała się o tym Beata, której zielone oczy budzą powszechne zainteresowanie - nawet na lotnisku w Japonii podczas odprawy paszportowej urzędnik przyglądał się, zachwycał i pytał, czy są naturalne, wykraczając tym samym poza uznawane w Japonii normy zachowania :). Podobne reakcje zauważamy w miejscach publicznych, jak metro czy sklepy.
- Również blond włosy Beaty wzbudzają ogromne zainteresowanie, zwłaszcza w małych miejscowościach. Japończycy są z natury czarnowłosi więc taki wyróżnik powoduje, że nie potrafią się powstrzymać przed zerkaniem, a nawet jawnym przypatrywaniem się i komentowaniem (czego rzecz jasna nie rozumiemy :) ).
- Japończycy są bardzo pomocni. Nawet nieznajomość języka nie stanowi dla nich przeszkody. Najlepszym przykładem była pani maszynistka, prowadząca pociąg w Nakano. Widząc nasze zagubienie, gdy nie wiedzieliśmy jak przesiąść się do kolejnego środka komunikacji, zostawiła swój pociąg, podbiegła do nas i zapytała, jak może pomóc (trochę znała angielski ;) ), a jeden z mieszkańców w Yudanace porzucił swoje narzędzia ogrodnicze i zaprowadził nas do samej recepcji hotelu, o który zapytaliśmy. Z kolei na lotnisku w Naha kierowca, zapytany przez nas o drogę, okazał wyraźne zażenowanie faktem, że nas nie rozumie i nie potrafi pomóc. Ostatecznie jednak na migi coś doradził ;). Podobnych historii moglibyśmy opisać wiele.
- Japończycy w każdej możliwej sytuacji zasypiają, czy to w środkach komunikacji czy poczekalniach. Wyglądają jak zabawki, którym wyłączono zasilanie :). Nie ma znaczenia wiek ani płeć, zasypiają osoby samotne, pary a nawet cale rodziny. Co ciekawe, w 99% przypadków budzą się dokładnie o czasie, w którym mają ruszyć dalej.. jak oni to robią?
- Japończycy nie przywiązują uwagi do butów! Noszą buty nie pasujące do reszty ubioru, jak na przykład pan elegancik w garniturze i rozklapciałych adidasach. Kobiety z kolei noszą często dziwaczne buty, w których nie potrafią chodzić, poruszając się pokracznie i niezgrabnie. Buty są na ogół zniszczone i za duże o co najmniej 1-2 numery.
- W Japonii wymagane jest ściąganie butów przed wejściem do hoteli i mieszkań, a także innych, typowo japońskich lokali. Sytuację taką mieliśmy już w pierwszym hotelu, w którym to zostawiliśmy buty na progu (nie, nikt nie ukradł :) ), dostaliśmy natomiast kapcie. Tu oczywiście pojawił się problem z rozmiarem buta Wojtka - nikt nie przewidział tak dużych kapci, więc pół jego stopy wystawało poza, a recepcjonistka kiwała głową zaskoczona i rozbawiona :). Oczywiście kapcie do toalety są inne niż do chodzenia po hotelu i należy je przebrać na progu kibelka :D
- Toalety… Beata, jako pierwsza zdesperowana, zaatakowała japońską toaletę zaraz po 10-godzinnym locie. No cóż… długo jej nie było, ale wróciła z przekonaniem, że chce taką toaletę w domu! Nie odstraszyło jej nawet 14 opisanych po japońsku przycisków podstawowej obsługi muszli klozetowej ;). Wojtek – po uzyskaniu tajemnej wiedzy (w postaci zdjęcia panelu) miał już nieco łatwiej…
- Samochody.. po ulicach jeździ bardzo dużo małych samochodów (pudełeczek ;) ). Z zewnątrz niepozorne, ale w środku elektronika najwyższej klasy której – jak sądzimy – nie znajdziemy nawet w naszych najlepiej wyposażonych autach. Ciekawe, jak wyglądają tutejsze auta z najwyższej półki.. :). W Naha jeździły prawie same nowe samochody, co nas również bardzo zdziwiło. Jedynie taksówki były starego typu, stylizowane na lata 90-te, ale utrzymane w doskonałym stanie i wyposażone w dużą ilość elektroniki.
- Jedzenie - a do tego potrzeba osobnego wpisu (dzisiaj nie wiemy co jedliśmy: wyglądało dziwnie, pachniało przyzwoicie, smakowało bardzo dobrze, może lepiej nie wiedzieć co to było.. ;) ).





