Morska przygoda
Teneryfa to nie tylko góry, ale także, a może przede wszystkim, woda. Dlatego też podczas naszego pobytu nie mogło zabraknąć również atrakcji wodnych. Nasz wybór padł na parascending, czyli lot na spadochronie za płynącą szybko łodzią motorową. Tym razem to Beata miała pozostać na dole, a Wojtek wraz z Magdą mieli zdobywać przestworza.
Cała przygoda rozpoczęła się w porcie Los Cristianos, gdzie wsiedliśmy, wraz z czterema innymi osobami do łodzi, a następnie ruszyliśmy na ocean. Zaraz po wypłynięciu Magda i Wojtek zostali ubrani w uprzęże, które miały być następnie przypięte do spadochronu.
Gdy nadeszła nasza kolej na wzbicie się w przestworza, Magda pierwsza ruszyła dziarsko na platformę startową. Po podpięciu pod spadochron bez zbędnego oczekiwania łódź przyspieszyła, a Wojtek wraz z Madzią unieśli się w powietrze, coraz bardziej oddalając się od motorówki. Po opadnięciu pierwszych emocji przyszedł czas na podziwianie widoków. Sokole oko Magdy wypatrzyło nawet żółtego, sporych rozmiarów żółwia. Na zakończenie emocjonującego lotu kapitan łodzi postanowił uatrakcyjnić lądowanie, pozwalając Wojtkowi i Magdzie „przejść” się po wodzie, zwalniając na tyle, by ich nogi zanurzyły się w oceanie. Po chwili mokrzy, ale radośni znaleźli się w łodzi. Na zakończenie kapitan zaserwował nam krótki rejs wzdłuż wybrzeża.
Po wszystkich tych emocjach przyszedł czas na kąpiel w oceanie i promieniach słońca.
Galeria

























Masca
Po ostatnich emocjach związanych z lotem Beaty następny dzień postanowiliśmy spędzić spokojnie. Naszym celem została Masca, wioska położona na wys. 600 m u szczytu wąwozu schodzącego do oceanu. Droga, która do niej prowadzi z pewnością nie jest przeznaczona dla początkujących kierowców, wąskie przejazdy, na których miejscami nie mieszczą się obok siebie dwa samochody, wijące się zboczami gór strome serpentyny to wyzwanie dla kierowcy. Rozmieszczone co kilkadziesiąt metrów półki przeznaczone do łatwiejszego wspinania się posłużyły nam także jako punkty, z których mogliśmy podziwiać zapierający dech w piersiach górski krajobraz.
Będąc w wiosce postanowiliśmy spróbować lokalnych przysmaków w restauracji z pięknym widokiem na Mascę. Po zwiedzeniu tej urokliwej miejscowości udaliśmy się dalej w północną część Teneryfy. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, zimowa aura w tej części wyspy przypomina naszą późną jesień z opadami deszczu, chłodem i mgłą. Ilość drzew pozbawionych liści i śpiące krzewy pozwalają nam przypuszczać, że ten region wyspy latem tętni bogatą roślinnością i soczystą zielenią, w przeciwieństwie do surowszego południa.
Jako drogę powrotną obraliśmy przejazd wokół góry Teide. Trudna trasa spowolniła nas na tyle, że podróż odbywaliśmy w całkowitych ciemnościach. Zaskoczył nas duży ruch podczas jazdy i pełne parkingi wokół Pico del Teide. Okazało się, że czyste niebo i przejrzyste powietrze na wysokości ponad 2000 m pozwala podziwiać piękne, rozgwieżdżone niebo. My również skorzystaliśmy z okazji i postanowiliśmy zatrzymać się na dłuższą chwilę by obserwować rozpościerającą się nad naszymi głowami drogę mleczną w niespotykanej dotąd dla nas okazałości. Z niechęcią opuszczaliśmy miejsce z tak wspaniałym widokiem aby udać się w dalszą część drogi powrotnej.
Galeria





























Prezent urodzinowy
Moja przygoda rozpoczęła się w miasteczku Costa Adeje, gdzie przyjechała po mnie busem ekipa pilotów i pozostałych uczestników przygody. Po chwili okazało się, że brakuje jednego pilota. Tak się złożyło, że zabrakło go akurat dla mnie. Na szczęście Wojtek z Madzią podążali za mną, więc organizatorzy wykorzystali nasz samochód, gdyż bus był już pełny. Świeżo zwerbowany pilot ochoczo wsiadł do auta i wreszcie mogliśmy ruszyć w góry i stawić się na miejsce startu. Nasza droga do celu wiodła wąskimi górskimi drogami, na których szalony kierowca błyskawicznie zostawił z tyłu Wojtka, pędząc krętą trasą bez chwili wahania. Równie wesoło było wewnątrz busa, gdzie zwariowana ekipa lotników, kiedy dowiedziała się, że paragliding jest moim prezentem urodzinowym, odśpiewała mi po włosku sto lat. W ten sposób dowiedziałam się, że wszyscy są Włochami.
Miejscem startu okazało się zbocze góry na wysokości ok. 1000 m niedaleko miejscowości Ifonche. Po dojechaniu na miejsce rozpoczęliśmy przygotowania, a w międzyczasie dojechał Wojtek z Madzią i pilotem który, jak się okazało, miał być moim opiekunem w trakcie lotu. Nie ukrywam, że kiedy go zobaczyłam, obudziły się we mnie pewne wątpliwości. Umberto był małym, drobnym, niższym ode mnie o pół głowy starszym panem, na dodatek bez trzech palców u ręki. Na szczęście podczas jazdy Wojtek dowiedział się, że ma on 22-letnie doświadczenie w skokach, a lot z nim to prawdziwe wyróżnienie.
Ekipa bardzo sprawnie i szybko rozłożyła sprzęt i paralotnię, nie dając mi chwili na zastanowienie się nad zmianą decyzji lub wycofanie się. Sytuacja zaczęła mieć dla mnie przebieg dość dramatyczny w momencie, kiedy pokazali mi skarpę, z której mamy startować. Na dodatek to ja miałam być koniem pociągowym gdyż Umberto miał zajmować się sznurkami. Ruszyłam więc dziarsko do przodu ciągnąc na plecach małego Włocha z nadzieją, że zabierze mnie do góry ze sobą i swoja paralotnią. Niestety ku mojemu zaskoczeniu zamiast się wznosić zaczęliśmy schodzić nieco w dół. Jak mi później tłumaczył Umberto po wyprowadzeniu nas na prostą, w momencie startu niefortunnie zabrakło nam troszkę wiatru. Jednak dzięki jego umiejętnościom i doświadczeniu wyszliśmy z lekkiej opresji bez szwanku. Kiedy w końcu ustabilizowaliśmy nasz lot i moje emocje nieco zelżały, zaczęłam podziwiać przepiękny, roztaczający się wokół mnie widok. Z jednej strony ocean, za plecami góry, z których startowałam, a pode mną drogi i miasteczka.. mogłam poczuć się jak ptak w przestworzach.
Kiedy Umberto przekonał się, że dobrze się bawię podczas naszego lotu, dał mi pokierować paralotnią, oczywiście uprzednio mnie instruując abyśmy nie skończyli na ziemi przed czasem… :). Muszę przyznać, że to wspaniałe uczucie kierować paralotnią w przestworzach.
Nadszedł jednak czas zakończenia lotu i przygotowań do lądowania. Naszym lądowiskiem była plaża w La Caleta. Oczywiście żeby nie było za łatwo, plaża nie była pusta, gdyż opalali się na niej turyści. Naszym zadaniem było gładkie lądowanie i oszczędzenie przy tym postronnych plażowiczów. Podobnie jak przy starcie tak i tutaj byłam koniem pociągowym, gdyż Umberto miał się skupić na naszym żaglu. Lądowanie przebiegło jednak w sposób perfekcyjny, co zostało nagrodzone brawami przez pozostałych członków ekipy. Mimo, że był to jeden z najwspanialszych prezentów, jakie mogłam otrzymać na urodziny, dający mi możliwość przeżycia niezwykłej przygody, to z radością postawiłam nogę na ziemi.
Galeria






































Pico del Teide – Piekielna Góra
Jako pasjonaci gór nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wejścia na najwyższy szczyt w Hiszpanii, jakim jest wulkan Teide. Wejście na niego nie jest możliwe dla każdego, dlatego też już w Polsce musieliśmy z dużym wyprzedzeniem zarezerwować przepustkę wstępu na ostatni, najwyższy odcinek.
Wyprawę rozpoczęliśmy od przejazdu samochodem malowniczą trasą przez góry Adeje, aby poprzez równiny zwane cañadas dotrzeć do dolnej stacji kolejki linowej, położonej na wysokości 2356 m. W przeciągu zaledwie 8 minut pokonaliśmy 1200 metrów by znaleźć się w górnej stacji kolejki. Tutaj odczuliśmy już wyraźną zmianę temperatury, więc czym prędzej poubieraliśmy przygotowane wcześniej ciepłe ubrania. Wysokość 3555 m, którą osiągnęliśmy w chyba za szybki sposób zmusiła całą naszą trójkę do adaptacji w nieco rzadszym i znacznie chłodniejszym powietrzu. Na dole mieliśmy ok. 17 stopni, natomiast tutaj spadła do 3 stopni. Jak się później okazało, na szczycie było jeszcze zimniej, temperatura spadła poniżej 0. Nie zniechęciło nas to jednak i po chwili ruszyliśmy zdobyć szczyt. W przeciwieństwie do przejazdu kolejką na tym szlaku tłumów nie było, spotkaliśmy na nim raptem kilkanaście osób.
Wspinaczka okazała się bardzo ciekawym przeżyciem. Ku naszemu zdziwieniu z każdym pokonywanym metrem wzmagała się odczuwalna dla nas aktywność wulkanu. Kamienie, po których stąpaliśmy wyraźnie grzały nasze stopy, co dało się odczuć nawet przez buty. Niektóre z głazów były wręcz gorące, wszędzie odczuwalny był zapach wulkanicznych wyziewów a ze szpar w skałach wydobywała się para. Ciepło skał sprawiło, że pobyt na szczycie, na którym owiewał nas zimny wiatr i panowała ujemna temperatura, był całkiem znośny. Wszelkie niedogodności rekompensował wspaniały widok. Miło było stać na szczycie tak wysokiej góry i obserwować piętrzące się poniżej chmury, zatrzymujące się u podnóża Teide. Polecamy każdemu tę odrobinę wysiłku, aby doświadczyć tego widoku.
Galeria






































Teneryfa – jakże odmienna od Lanzarote
Po zwiedzeniu bardzo surowej wyspy, jaką jest Lanzarote, wizyta na Teneryfie okazała się miłą odmianą. Nazywana kontynentem w miniaturze wyspa ta ma zróżnicowany klimat. Spowodowane jest to przedzieleniem jej przez wysokie pasmo górskie. Północno-wschodnia część wyspy ma klimat z częstszymi mgłami i nieco większymi opadami niż południowa część, czego doświadczyliśmy drugiego dnia pobytu. Wyruszając z naszej miejscowości cieszyliśmy się czystym niebem i temperaturą powyżej 24 stopni. Z każdym kilometrem, który przybliżał nas do centralnej, górzystej części Teneryfy, temperatura obniżała się do 8 stopni, gdzie miejscami widoczne były zmarzliny i niewielkie połacie śniegu. Po przekroczeniu pasma górskiego natrafiliśmy na grubą pokrywę chmur, którą musieliśmy przemierzyć by dotrzeć do północnej części wyspy. Ku naszemu zaskoczeniu przywitał nas tam rzęsisty deszcz i porywisty wiatr.
Droga prowadząca przez centrum Teneryfy stanowi bardzo ciekawą trasę, pełną serpentyn, ostrych zakrętów, przepaści i stromych zboczy, a także zjazdów i podjazdów. W wielu miejscach droga zwęża się do wąskich przesmyków, przez które może przejechać jedynie jeden pojazd.
Przemierzając całą wyspę mieliśmy możliwość obserwowania wpływu warunków klimatycznych na szatę roślinną. Północno-wschodnia część wyspy jest zielona i ma dobre warunki dla rolnictwa, część południowo-zachodnia jest uboga w zieleń. Analogicznie do Lanzarote rośliny z południowego regionu Teneryfy utrzymują się wyłącznie dzięki sztucznym systemom nawadniającym.
Natomiast w wyższych partiach centralnej części wyspy rośnie sosna kanaryjska o długich, miękkich igłach, która posiada zdolność pobierania wody z mgły. Jesteśmy pod wrażeniem jej możliwości dostosowania się do trudnego, skalistego, pozbawionego ziemi podłoża.
Centralnym punktem wyspy jest góra Teide, którą mogliśmy obserwować z niemal każdego etapu naszej trasy. Wysoka na 3718 m Pico del Teide zachęciła nas do zdobycia jej szczytu.
Galeria



























Przylot
Naszą poprzednią wizytę na jednej z Wysp Kanaryjskich, Lanzarocie, wspominamy bardzo miło. Postanowiliśmy w związku z tym odwiedzić kolejną wyspę. Tym razem celem naszej podróży jest Teneryfa, największa wyspa archipelagu. Aby nie przeoczyć żadnej atrakcji zabraliśmy ze sobą dodatkową parę oczu – naszą córcię Magdalenę :).
Naszym starym zwyczajem na miejsce pobytu wybraliśmy mniejszą, spokojną miejscowość z dala od turystycznego zgiełku, Palm-mar. Znajduje się w południowo-zachodniej części wyspy, która o tej porze roku jest znacznie cieplejsza niż jej północny region. Mimo, że jest to pora zimowa, jest tu ciepło choć nie upalnie. Temperatury w ciągu dnia wahają się między 18 a 25 stopni. Jest to idealne miejsce na ucieczkę od polskiej zimy.
Galeria







































































