Choć zazwyczaj nie obchodzimy zbyt hucznie Walentynek, gdyż uważamy, że należy się kochać i okazywać sobie uczucia na co dzień, będąc w Laosie postanowiliśmy zrobić wyjątek i spędzić ten dzień w niezwykły sposób. Jakiś czas temu wyszukaliśmy ciche, spokojne miejsce w laotańskiej dżungli, w którym mieszkają słonie. Miejsce to w przeciwieństwie do innych, masowo odwiedzanych przez turystów, w zasadzie skupia się na słoniach i opiece nad nimi a nie na rozrywce dla odwiedzających. Z tego powodu nasz dwudniowy pobyt w wiosce słoni spędziliśmy jedynie w obecności zwierząt i ich opiekunów.

Od momentu przyjazdu znaleźliśmy się pod opieką dwóch mahoutów, czyli ludzi pracujących ze słoniami, Kai Sona i Vilachita. Obaj pochodzą z plemienia Hmong, stanowiącego jedną z najliczniejszych grup etnicznych w Laosie. To właśnie oni pokazali nam prawdziwą naturę słoni, ich delikatność mimo ogromnych rozmiarów oraz łagodność w stosunku do człowieka. Dzięki nim z każdą godziną oswajaliśmy się z tym niezwykłym miejscem i otaczającymi nas słoniami. Nasze doświadczenia z końmi bardzo nam pomogły w zrozumieniu zasad obchodzenia się z tymi gigantami.

Sama wioska powstała niemal 20 lat temu i skupia się na opiece i leczeniu słoni. Nie ma tam łańcuchów, przemocy i wyzyskiwania tych zwierząt. Wszystkie mieszkające w wiosce słonie należą do gatunku słoni indyjskich i są płci żeńskiej, a największa z nich ważyła 4 tony. Spotkaliśmy tam również słoniowe „maleństwo” mające zaledwie 14 miesięcy, ważące już około tony. Jak na każdego malucha przystało lubił się bawić i psocić, czym całkowicie rozwiał nasze wszelkie obawy dotyczące tych kolosów.

Kiedy nasi opiekunowie przekonali się, że mogą nam zaufać, wybrali dla nas dwie słonice pod opiekę. Jedna z nich była mamą wcześniej wspomnianego „malucha” a druga była ciężarna. Na szczęście poród ma nastąpić dopiero za rok. Ufff… bo przyjęcie na świat 60 kg „noworodka” byłoby nieco kłopotliwe 😊.

Jak się nasze podopieczne zorientowały, że jesteśmy ich nowymi opiekunami, to ku naszemu zaskoczeniu, zaczęły nas obwąchiwać trąbami ze wszystkich stron, dosłownie jak psy, a przy tym pocierały nas nimi delikatnie. Nasi mahouci widząc to zjawisko wyjaśnili nam, że w ten sposób słonice nas zapamiętują, wiążąc nasz dotyk, zapach i głos z naszymi osobami, aby móc nas później rozpoznać. Niesamowite doznanie!

Po nacieszeniu się naszymi pociechami nadszedł czas na odprowadzenie pupilek na noc do  naturalnego domu, czyli dżungli. Dowiedzieliśmy się że nasze słonice niezupełnie żyją na wolności, do ich dyspozycji jest 300ha obszaru lasu należącego do wioski. Jest to taki swoisty padok, z tą różnicą, że konie nie zjadają 20 m2 dżungli w noc 😊. Natomiast jeżeli wam się wydaje, że to prosta sprawa odprowadzić słonie do dżungli to jesteście w dużym błędzie… Cwane olbrzymy wykorzystywały nasz zupełny brak doświadczenia i stanowczości, wędrowały sobie tam gdzie chciały a nie tam, gdzie miały iść. Ostatecznie nasi mahouci ubawieni po pachy zlitowali się nad nami, wsiedli razem z nami na słonie i pomogli nam odprowadzić je do miejsca docelowego.

Po powrocie do wioski udaliśmy się jeszcze do słoniowego szpitala w którym aktualnie przebywały dwie pacjentki. Jedną była młoda słonica z poranionym uchem z powodu otarcia o jakieś ostre drzewo. Drugą pacjentką była słonica z urwanym palcem u stopy. Kilka tygodni wcześniej w innym regionie Laosu biedaczka nadepnęła na bombę która wybuchła. Na szczęście siła wybuchu poszła w inną stronę i oszczędziła jej życie.

Pod koniec dnia zmęczeni ale szczęśliwi w końcu chcieliśmy dotrzeć do naszego miejsca noclegowego w wiosce słoni. Ku naszemu zaskoczeniu z okazji walentynek jak również faktu, że byliśmy jedynymi gośćmi zaoferowano nam znacznie bardziej romantyczne miejsce na nocleg oraz podano nam na kolację wspaniałe regionalne przysmaki. Poczuliśmy się jak w bajce…

Privacy Preference Center