Od tropikalnych, lazurowych plaż, poprzez ośnieżone góry, dotarliśmy do schodzących prosto do oceanu piasków pustyni. Chociaż nie uświadczyliśmy tam pustynnych upałów to i tak roztaczający się wokół widok wprowadził nas w piaskowy klimat. Japońska „pustynia” jest to pasmo wydm o powierzchni ok. 30 km2, jednak o zupełnie innym charakterze niż nasze wydmy w Łebie. W przeciwieństwie do polskich rozległych piasków koloru białego, w Japonii mają one kolor typowo pustynny. Także ukształtowanie terenu jest odmienne, gdyż najwyższe wzniesienie w Tottori sięga 110 m, gdzie w Polsce jest ono niemal trzykrotnie niższe. Choć to tylko namiastka pustyni to stanowiła ciekawą odmianę od przeważających w Japonii górskich terenów.
Wracając z pustynnej eskapady, walcząc z burzami piaskowymi, przedzierając się przez stada wygłodniałych hien i gromady kanibali dotarliśmy do maleńkiej oazy zwanej przystankiem autobusowym… ha-ha-ha.. prawdziwy był tylko przystanek, z którym jednak wiąże się fajna historia.
Stojąc na przystanku i próbując rozwikłać zawiłości japońskiego rozkładu jazdy zauważyliśmy, że za nami zatrzymał się jakiś samochód, z którego obserwował nas kierowca. Po chwili wysiadł i z własnej inicjatywy zaoferował nam pomoc w postaci podwózki do centrum miasta. Oczywiście ochoczo przyjęliśmy propozycję, gdyż najbliższy autobus miał pojawić się za godzinę. Tajemniczy kierowca okazał się być bardzo sympatycznym, starszym Japończykiem (oceniliśmy go na ok. 50 lat, ale podczas jazdy dowiedzieliśmy się – ku naszemu olbrzymiemu zaskoczeniu – że miał 25 lat więcej), który znał dobrze język angielski, dzięki czemu nawiązała się między nami ciekawa rozmowa. W jej trakcie nasz kierowca zmienił nieco plany i postanowił nie tylko podwieźć nas do centrum, ale po drodze pokazał nam najpiękniejszą aleję z kwitnącymi wiśniami oraz ciekawe zakątki miasta. A największym zaskoczeniem dla nas była niespodzianka, jaką nam sprawił. W trakcie jazdy wykonał telefon, jak się okazało do zamkniętego już sklepiku z wykwintnymi delicjami, gdzie właściciel specjalnie na jego prośbę przygotował dla nas słodki podarunek. Na próby naszych podziękowań odrzekł po prostu iż chciał, byśmy miło wspominali jego kraj i miasto. Zachęcił nas ponadto do odwiedzenia jeszcze kilku ciekawych miejsc i – wyraźnie zadowolony z naszego spotkania – odwiózł nas do hotelu. Prezent był tak niesamowicie smakowity, że następnego dnia odszukaliśmy tajemniczy sklepik i zakupiliśmy (jak się okazało nie dla każdego dostępne) słodkie wspaniałości. Tottori będziemy na pewno wspominać jako jedno z najmilszych miejsc, które odwiedziliśmy w Japonii.