Godzina 4:30 powoli staje się naszą tradycyjną godziną rozpoczynania podróży życia. Niemal każda nasza dłuższa wyprawa zaczyna się od budzika o tej porze. Tym razem wyruszamy z naszego „zaprzyjaźnionego” berlińskiego lotniska ☹ w kierunku Azji Południowo-Wschodniej, a dokładniej do Wietnamu i Laosu. Podróż rozpoczniemy jednak od poznania jednego z najnowocześniejszych miast na świecie, jakim jest Singapur. Przeciwności losu w postaci problemów na lotnisku, długiego, 11-godzinnego lotu czy przeniesienia się w czasie ze względu na strefę ponownie do 4:30 nad ranem nie powstrzymały nas przed zwiedzaniem Singapuru od razu po przylocie. Tak nieszczęśliwie się stało, że w momencie, gdy wybieraliśmy się w stronę azjatycką, w regionie tym wypłynął koronawirus. Zarówno na lotnisku berlińskim jak i singapurskim borykaliśmy się z wieloma dodatkowymi kontrolami i zwiększonym reżimem sanitarnym, który zmusił nas do noszenia masek ochronnych oraz korzystania wręcz obsesyjnie ze środków dezynfekujących na każdym kroku, by uchronić nasze zdrowie.
Singapur jest państwem-miastem położonym niemal na równiku, na krańcu Półwyspu Malajskiego. Znane jest z drakońskiego prawa i jego bezwzględnego egzekwowania. Dowiedzieliśmy się, że chłosta to jeden z wielu takich przykładów. Obowiązujący tu zakaz sprzedawania, kupowania i używania gumy do żucia to kolejny surowy i absurdalny, z naszego punktu widzenia, przepis. Szczególnie, że karą jest mandat w wysokości około 3 tys. zł. Uff.. na szczęście w Berlinie skonfiskowali nam wszystkie, więc kara chłosty nam nie groziła.
Należy także pamiętać, że zabronione jest tu jedzenie i picie w publicznych środkach transportu. Przepisy te są jeszcze bardziej rygorystyczne niż w odwiedzonej przez nas Japonii.
Abyśmy o wszystkim pamiętali co chwila przypominały nam o tym wszechobecne tabliczki z zakazami oraz karami, jakie grożą za ich złamanie.
Na szczęście Singapur to nie tylko kary i zakazy, ale przede wszystkim nowoczesne i ciekawe miasto, w którym można przejechać się autonomiczną taksówką bez kierowcy i testowane są już pojazdy rodem z filmów science-fiction czyli latające taksówki. Ogólnie panuje tutaj pogodna atmosfera. Mimo różnorodności raz i religii ludzie często uśmiechają się a nawet nawiązują kontakt zagadując i opowiadając o swoim mieście.
Po zwiedzeniu bardzo interesującego i odmiennego od tych, jakie do tej pory przemierzaliśmy podczas naszych podróży, lotniska udaliśmy się metrem do najbardziej charakterystycznego miejsca w Singapurze – ogromnego futurystycznego ogrodu botanicznego Gardens by the Bay czyli „ogrodów nad zatoką”. Stacja metra nieco nas zdziwiła, ponieważ różniła się od poznanych wcześniej. Zamiast peronów i nadjeżdżających pociągów zastaliśmy szklane „akwaria” z rozsuwanymi drzwiami, otwierającymi się z chwilą zatrzymania się metra. Wyglądały tak właściwie wszystkie stacje w mieście.
Idąc w kierunku ogrodu już z daleka zobaczyliśmy jedną z największych – dosłownie i w przenośni – atrakcji tego miejsca, jakimi są superdrzewa. Okazało się, że są to gigantyczne, sięgające do 50m, sztuczne drzewa przypominające budową baobaby, które pokryte są około 163000 roślin różnych gatunków. Nie ukrywamy, że zrobiły na nas niesamowite wrażenie.
Kolejną niezwykłą atrakcją ogrodu jest Cloud Forest, czyli szklana kopuła, pod którą ukryty jest największy, mierzący 35 metrów, wewnętrzny wodospad na świecie, oraz tytułowy „las w chmurach”. Oprócz nich natrafiliśmy tam na klimat, który ma towarzyszyć nam w dalszej podróży po Wietnamie i Laosie. Chodzi oczywiście o wysoką wilgotność i temperaturę tworzące tropikalną atmosferę, oraz roślinność, którą spotkamy w prawdziwej dżungli.
Niestety zmęczenie wielogodzinnym przelotem oraz nagła zmiana klimatu z polskiej „zimy” na równikowy upał, skłoniły nas do opuszczenia tego zadziwiającego miejsca aby udać się do naszego kosmicznego hotelu, ale o tym dowiecie się z kolejnego wpisu.





























