Nareszcie nadszedł czas na zwiedzenie kolejnego zakątka Europy. Tym razem przyszła kolej na Kretę. Podróż naszą rozpoczęliśmy przejazdem na berlińskie lotnisko we wczesnych godzinach porannych, aby złapać lot na grecką wyspę. Niestety, z chwilą, kiedy wkroczyliśmy na teren lotniska, zorientowaliśmy się, że dopadł nas wielki pech. Ze względu na wygodę i chęć rozpoczęcia wypoczynku jak najwcześniej wybraliśmy tanią linię lotniczą, która jako jedyna dawała taką możliwość. Musimy przyznać, że do tej pory nie korzystaliśmy z najtańszych przewoźników i po przygodach, które nas spotkały, nigdy więcej tego nie zrobimy.

Na lotnisku pojawiliśmy się w standardowym czasie, wymaganym przez wszystkie linie do odprawy bagażu. Ku naszemu przerażeniu nasz przewoźnik, który miał nas dowieźć na Kretę, zamknął już bramki odpraw i nie mieliśmy szansy na nadanie bagażu. Jedyną możliwością był odlot bez walizek co, biorąc pod uwagę planowany 2-tygodniowy pobyt, nie miało najmniejszego sensu. Najdziwniejsze było to, że nikt na lotnisku nie potrafił nam wyjaśnić, dlaczego linia lotnicza w tak niestandardowy sposób zamknęła odprawę bagażu. W związku z tym, że ani pracownicy lotniska ani my nie byliśmy w stanie skontaktować się z przedstawicielami przewoźnika, choć samolot stał na płycie lotniska jeszcze przez 1,5h, podjęliśmy decyzję o znalezieniu alternatywnego lotu na wyspę. Musimy przyznać, że nie było łatwo gdyż wszystkie miejsca zarówno w lotach bezpośrednich jak i przesiadkowych były zajęte. Już prawie zdecydowaliśmy się na powrót do domu i szukanie lotu w innym dniu, gdy nagle usłyszeliśmy, że w ostatniej chwili zwolniły się trzy miejsca do Frankfurtu, skąd mogliśmy znacznie łatwiej złapać lot na Kretę. Po 6 godzinach spędzonych we Frankfurcie wyruszyliśmy ku naszemu ostatecznemu celowi – Krecie. Niestety z powodu kłopotów na początku naszej podróży na wyspie wylądowaliśmy w godzinach nocnych, co znacznie utrudniło nam dotarcie przez kręte górskie drogi, do miejsca naszego pobytu, miejscowości Petrochori. O 2:30 w nocy zameldowaliśmy się wreszcie na miejscu, gdzie gospodyni, biegając w koszuli nocnej, przygotowała nam kolację oraz podała raki (lokalny mocny alkohol) na powitanie i pocieszenie po trudach podróży. O gościnności mieszkańców Krety napiszemy jednak później. Dopiero o poranku odkryliśmy, w jak malowniczym miejscu się znaleźliśmy.

















