Ho Chi Minh jest największym miastem Wietnamu. Znajduje się w południowej części kraju i stanowi jego  centrum gospodarcze. Dawną nazwą miasta był Sajgon, która u nas bywa używana jako synonim bałaganu, chaosu i nieporządku. W rzeczy samej już od pierwszych chwil naszego pobytu w tym mieście uderzył nas wszechobecny chaos, gwar, niestety brud i trudne do sprecyzowania zapachy. Dopełnieniem sajgonu jest płynąca rzeka ludzi i pojazdów poruszających się pozornie bez ładu i składu. Zapewniamy was, że nie był to leniwy strumyk.

Nie ukrywamy, że po sterylnym Singapurze nie mogliśmy się znaleźć w tym „sajgonie”.

Ludzie w tym regionie są bardzo głośni. Mówiąc do siebie w zasadzie krzyczą, a ich specyficzny język jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. Ich głośne zachowane jest najprawdopodobniej spowodowane hałasem, jaki panuje na ulicach. Tysiące pojazdów bez końca przetaczają się ulicami, co jednak nie wydaje się przeszkadzać mieszkańcom, którzy gotują, jedzą, śpią, handlują tuż przy krawężnikach. Zadziwiające jest to, że bary uliczne, z których korzystają nie tylko tubylcy ale także turyści, znajdują się przy samych drogach. Nie to jest jednak najdziwniejsze, tylko fakt, że zamiast porządnych stołów i krzeseł korzysta się z malutkich plastikowych dziecięcych taboretów i stoliczków sięgających kolan. Chyba nie musimy nawet wspominać o higienie, jaka panuje w takich warunkach. Siedzące wprost na ziemi „kucharki” gotują na mini palnikach wielkie gary potraw niewiadomego składu. Z niektórych nie odważylibyśmy się skorzystać nawet gdybyśmy przymierali głodem.

W całym tym chaosie natrafić można również na wykwintne restauracje, które z jakiegoś powodu świeciły pustkami 😊. Istnieje także wariant pośredni, który czasami stanowił dla nas alternatywę wobec ulicznego jedzenia.

Jedzenie to nie jedyne wyzwanie, z jakim się spotkaliśmy. Nie lada wyczynem było bezpieczne przejście przez ulicę. Nawet poruszanie się po chodnikach to duży problem, gdyż zazwyczaj stanowiły one parkingi dla tysięcy motorów lub były zajęte przez „restauracyjki” i kramiki.

Podstawową zasadą na drogach jest „większy ma pierwszeństwo”. Człowiek na ulicy ma za zadanie przejść cało i zdrowo na drugą stronę. Światła właściwie nie mają tutaj znaczenia, czerwone czy zielone znaczą to samo, szczególnie dla motorków. Jazda pod prąd? Proszę bardzo. Chodnikiem? Nie ma problemu. Przejście dla pieszych? Co z tego? Rzeka pojazdów przetacza się dosłownie bez przerwy i tylko na większych arteriach można było liczyć na to, że się niektóre zatrzymają na czerwonym świetle. W większości miejsc, w których przekraczaliśmy ulicę, musieliśmy wyzbyć się wyuczonych nawyków i wszelkich oporów. Szliśmy powoli przed siebie licząc na to, że nas nie przejadą i unikając większych pojazdów, które za nic miały pieszego. Pewnie dlatego większość tubylców wybierała jakikolwiek środek lokomocji by nie stanowić potencjalnej ofiary.

Mimo chaosu panującego na ulicach ruch odbywał się płynnie, bez jakichkolwiek incydentów drogowych oraz ofiar.

Szkoła życia, trzeba się szybko uczyć i dostosować do otoczenia 😊.

Privacy Preference Center